Pokazywanie postów oznaczonych etykietą legenda. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą legenda. Pokaż wszystkie posty

sobota, 5 grudnia 2015

Czarównik od natury i król kotów.



Jest krótka powiastka w Białorusi, gdzie król kotów nazywa się Wargin, król kogutów Budiimir, król myszy Podnor. 

Szlachta i kot Wargin, G. T. Pauli, 
Generalne opisanie narodów Rosji, 1864.

Wyróżnia się car Wargin wśród innych kotów swoim wyglądem. Jest ogromny, nie wiem na ile bo nie byli podali, czarny jak smoła, z błyszczącym, puszystym futrem, gładkim i miękkim, kosmatym ogonem, podobnym do sobolowego.


[...]wyborny kot, jaki ogromny, jaka sierść na nim błyszcząca, cały czarny jak węgiel, jakie jaskrawe oczy, to jest prawdziwy Wargin król kotów prżywiozłem go jak największą rżadkość. Kot wskoczył na stół, pani pogłaskała go ręką, on prżymrużył oczy, podniosł półkolem grżbiet czarny i mrucząc prżechadzał się poważnie po stole, pani wzięła go na ręce, kot piękny łaskawy trafił do gustu, miał wszystkie wygody[...]




Oczy zaś goreją płomieniem. Pojawia się i znika nagle, nieważne czy drzwi i okiennice są zawarte. Właścicieli zmienia jak rękawiczki. Kiedy już mieszka z ludźmi, jest przez nich uwielbiany. Tylko, że dla miłośników kocich wdzięków kończyło się to zazwyczaj źle. Głównie dla jego pana lub pani, którego sobie wybrał. Jego obecność wywoływała dość znaczne zaburzenia psychiczne.

[...]po kilku miesięcy wszyscy zaczęli postrżegać jakąś odmianę w pani, pokazały się w niej jakieś dziwaczne kaprysy[...]
[...]nudna, niespokojna, swarliwa, pokojówek, sług karała bez winy, łajała sąsiadki, krżyczała na męża[...]


Ludzie z nim obcujący zamieniali się w socjopatów, przestawali się bać czegokolwiek i kogokolwiek. bez potrzeb awanturowali się z najbliższymi i z przyjaciółmi. I w ogóle ze wszystkimi dookoła. Wszczynali burdy bez potrzeby, a i służbie się obrywało bez powodu. Koniec końców, skutkowało to wątrobienie się całkowitym wyczerpaniem fizycznym i psychicznym ofiary.

Znachor i kot Wargin. 
Rys. Валери Славук,
Ян Баршчэўскі.

Ludzie wierzyli, że kot, a w szczególności Wargin, swoim mruczeniem może spowodować pojawienie się w głowie człowieka, który się z nim najczęściej bawił, ale nie tylko, roju os, pszczół, much lub innych potwornych owadów. Co w zasadzie doprowadzało do jego śmierci w straszliwych męczarniach.

[...]wtem roje ossy wyleciały z ust, rozsypały się po całym pokoju, kąsały wszystkich i plątały się we włosach blisko stojących osób, kot okropnie wrżeszcząc biegał po stołach, rżócał się na okna i naściany, na koniec skrył się za piecem i tam miauczał prżeraźliwie[...]


Z Warginem i skutkami jego działalności, mógł sobie tylko poradzić szaman lub znachor, znający tajemne zaklęcia, które mogły nie tylko wygnać Wargina z obejścia ale i zniszczyć go. Wargin bał się takich ludzi jak czart, księdza z wodą święconą i gromnicą.

[...]pani lubiła bawić się z kotem, i on nieczystym burczeniem swoim w głowie jak w gnieździe rozmnożył jadowite ossy[...]
[...]Radzę panu mieć się na ostróżności, koty mają truciznę, a najwięcej czarne.[...]


Ale nic się ta nie nauczo, baby. Każda kce nowego futra...A może fur'a ;) Z lengłydża.

 

Ponoć samo słowo "Wargin" (Варгі́н), prawdopodobnie pochodzi od litewskiego "varginti", co ma oznaczać "mękę" lub "przynieść cierpienie".



A pod linkiem zakończenie tej historii, trzynasta opowieść w tomie czwartym. Co oczywiście nie usprawiedliwia nikogo, przed pominięciem trzech tomów wpierwszych.

Po jednym spłynie gładko, drugi jak postrzelony kot zakręci się, zapiszczy i zdycha, a taki jak ty, amigo?... Twardy musisz być. Jak wielkie drzewo. Znachorowi też się psychika, a nawet pamięć zaburzyła.

Jan Barszczewski, Szlachcic Zawalnia czyli Białoruś w fantastycznych opowiadaniach, tom 4, Petersburg, 1846.

piątek, 6 listopada 2015

"Na żabę" i "na jeźdźca".

Kopiec Kwacała, ponad 2,5 metra wysoki, o podstawie owalnej 12 na 16 metrów. Położony między Złotą i Milczanami. Z kopcem Kwacała lub Chwacała, związane są różne tradycje i legendy sięgające średniowiecza i czasów pogańskich. Według jednej z nich, kopiec został usypany nad mogiłą Kwacały, dowódcy rycerstwa polskiego, zabitego przez Tatarów w czasie najazdu na Sandomierz w 1260, inna zaś głosi, że kopiec jest mogiłą najeźdźców poległych właśnie z ręki Kwacały. Zaliczany bywa do kopców wiciowych, na których palono ognie wzywające na wiece, bądź ostrzegające o najeździe. Jako, że mogiła, to i musi mieś magiczne właściwości. A stara mogiła. Wierzono kiedyś, że kto w poście ,o północy, sam wejdzie nago na szczyt kurhanu, wróci odziany. Za to gdy w noc świętojańską, pod kurhanem zjawią się narzeczeni, to dostaną w darze obrączki ślubne lub pierścienie zaręczynowe. Ciężej mieli mężczyźni, na wiosnę, przed pierwszymi siewami. Zbierali się oni z okolicznych wiosek pod kurhanem. Dzielili na dwie grupy. Jedna miała bronić kurhanu, druga zdobywać go. W ten oto sposób dochodziło do bójki. Krew która się polała, bo nie wolno było oszukiwać, miała użyźnić ziemię i zapewnić lepsze plony. Starożytny ten obrządek jest kultywowany z całą pieczołowitością do dziś.

Żywiciele...  (?)

Jak wspomniałem kopiec jest stary. Prawdopodobnie jest pozostałością neolitycznego grobowca kultury pucharów lejkowatych. W pobliżu kopca i pod samym kopcem odkryto kilkadziesiąt obiektów. Pozostałości osad należące do kultur ceramiki wstęgowej rytej, malickiej i mierzanowickiej, oraz cmentarzyska kultury ceramiki sznurowej, mierzanowickiej i kultury złockiej. Ze znalezisk to tak wygląda. Sznury reprezentowane były przez grociki i wiór czekoladowy, toporek kamienny, dwie siekiery czworościenne z krzemienia świeciechowskiego, palenisko zagłębione w ziemi, bez jakichkolwiek konstrukcji kamiennych, groby wyorane jak i zachowane w dobrym stanie. W jednym były dwa młode szkielety kobiece, jedna leżała na plecach, druga na lewym boku, obie miały silnie podkurczone nogi. K. złocka to jamy zasobowe, w których na dnie znaleziono skupisko kości zwierzęcych,  i dwa groby, to znaczy oddzielnie, nie w piwnicy. Pierwszy ze szkieletem rozczłonkowanym, ułożonym na bruczku kamiennym z dwoma wiórami i  miedzianym retuszerem. Drugi, rzadki w Polsce, grób szybowy. Szkielet był skurczony, na lewym boku, na kamieniach przysypanych lessem, w ponad 2-metrowej jamie, z pionowymi ścianami na planie koła, Dno i ściany były wypalone. Efekt rytualnego oczyszczania ogniem. Ten miał ze sobą dwa naczynia, misę i pucharek, które były zdobione ornamentem z linii falistych i  poziomych, wykonanych za pomocą odcisków sznurka i stempelków. Wstęgowa ryta i malicka to fragmenty ceramiki i nieliczne wyroby krzemienne z czekolady.

Żabi pan (fot. M. Florek).



Trochę szczegółów (rys. M. Florek).

Najciekawszy obiekt należy do kultury mierzanowickiej. Jest to grób ze szkieletem mężczyzny ułożonym "na żabę", na plecach, z rękoma zgiętymi w łokciach i dłońmi złożonymi na piersi, z podkurczonymi nogami i kolanami skierowanymi na zewnątrz. Taka pozycja kończyn dolnych może być wynikiem złożenia w pozycji z wysoko podkurczonymi nogami, kolanami do góry, po czym w trakcie rozkładu, kości się rozeszły na boki lub intencjonalnego złożenia zmarłego w tej pozycji podczas pochówku. Jest jeszcze możliwość taka, że wykopano za mały grób albo to nie był jego dołek. Do tego dochodzi bogate wyposażenie i mamy szyszkę jakiegoś, może przywódcę plemienia albo naczelnika rodu. Rozmieszczenie zabytków w grobie wskazuje, że został pochowany w stroju paradnym. Trzy miedziane tarczki, znalezione koło głowy, na piersi i w zgięciu prawego kolana, spinały całun, w który był zawinięty. Ubranie zmarłego było spięte na piersi szpilą kościaną, poniżej której znaleziono 27 paciorków z rogu jelenia. Głowę zdobiły zausznice miedziane w kształcie wierzbowego liścia, umieszczone parami na skroniach. Pod czaszką na wysokości karku, znajdował się miedziany pierścień w kształcie liścia miłorzębu, zapewne spinający kiedyś włosy.  


Szable dzika (źródło).

O wysokiej pozycji zmarłego świadczył napierśnik składający się z trzech par ponad 20-centymetrowej długości szabli dzika, które były spięte sznurami z nanizanymi paciorkami z muszli małży, wiązanymi na plecach. Pod czaszką, w okolicach ramion, szyi i na piersiach znaleziono 1700 paciorków, których układ wskazuje, że tworzyły przynajmniej trzy sznury. Między prawym łokciem a talerzem miednicy znajdował się kubek z taśmowym uchem zdobiony odciskiem sznura. Przy lewej kości udowej znajduje się skupisko 40 zawieszek z zębów zwierzęcych, psich lub wilczych, w śród nich była krótka szpila kościana z profilowaną główką i drapacz krzemienny. To był worek co mu się dyndał do kolan. Do tego przy mostku znajdowały się cztery paciorki segmentowe z fajansu i cztery grociki o wciętej podstawie z czekolady, na wysokości czaszki po lewo, po niżej prawego talerza miednicy i dwa przy lewym udzie.


Pierścień w kształcie liścia miłorzębu spinający włosy zmarłego.

Groby "na żabę" występują bardzo rzadko w schyłkowym neolicie i wczesnym brązie na ziemiach polskich. Dotychczas odkryto sześć, z czego dwa związane są z kulturą ceramiki sznurowej (Żuków), jeden z kulturą złocką (Złota, "Nad Wawrem"), jeden z kulturą pucharów dzwonowatych (Samborzec), dwa z kulturą mierzanowicką (Złota, Szarbia).  Ale ten z Szarbii został opisany przez panią (B. Baczyńska) i ona go wsadziła na konia, grób mężczyzny złożonego na plecach ze zgiętymi i rozrzuconymi nogami w pozycji "na jeźdźca".

Szpile kościane, z ukośnym otworem i profilowaną główką.

Grociki sercowate, z wciętą podstawą, krzemień czekoladowy.

Paciorki z muszli małży i naczynie gliniane.

Tarczki miedziane z otworkami, dwie są zdobione wytłaczanymi guzkami.

Zausznice miedziane w kształcie wierzbowego liścia.








sobota, 31 października 2015

Dziady.

Dziady to słowiański obrządek, obchodzony dwa razy w roku, wiosną i jesienią. Jego zasadniczym celem było nawiązanie kontaktu z duszami zmarłych i pozyskanie ich przychylności. Ogniska, które ongiś palono, aby ułatwić duszom zmarłych przodków odnalezienie drogi do domu na przygotowaną strawę, przetrwały do naszych czasów w formie zniczy na cmentarzach. Ogień też miał powstrzymywać dusze ludzi , którzy zeszli z tego świata w nagły sposób. Nasze straszne maski - karaboszki, patrz anglosaskie dynie, miały odstraszać złe duchy.


Maska drewniana z Opola, X-XI wiek.

Pierwotna forma obrzędu nakazywała ugoszczenie duchów np. miodem, kaszą i jajkami, aby zapewnić sobie ich przychylność i jednocześnie pomóc im osiągnąć spokój w zaświatach. W niektórych regionach Polski, np. na Podhalu, w miejscu czyjejś gwałtownej śmierci każdy przechodzący miał obowiązek rzucić gałązkę na stos, który następnie co roku palono.

Kto miał jakiś problem  z wiedźmami...?

No ja miałem, kiedy wróciła moja, a ja trzymając się  tradycji poczęstunku, właśnie wyciągnąłem jajka, żeby nawiązać kontakt. Do tego zwyczaju, nawiązuje Mickiewicz w "Dziadach", gdzie opisuje wzywanie dusz podczas obrzędu, który odbywa się w dawnym (opuszczonym) miejscu kultu, kaplicy lub kościele, może być cmentarz. Obrzędowi przewodniczy Guślarz (Koźlarz, Huslar), wzywający dusze zmarłych przebywających w czyśćcu, aby powiedziały czego im potrzeba do osiągnięcia zbawienia i aby się posiliły.


Nie znałeś litości, panie!
Hej, sowy, puchacze, kruki,
I my nie znajmy litości:
Szarpajmy jadło na sztuki,
A kiedy jadła nie stanie,
Szarpajmy ciało na sztuki,
Niechaj nagie świecą kości.

Dziady cz. II, Adam Mickiewicz, rys. Czesław Jankowski.



The Kingdom of Witches, music Nox Arcana.

Nie wiem czy Pieńkowski maczał w tym palce osobiście, ale jest zaznaczone, że w jego stylu. A Pieńkowski był synem ojca, co jest naturalne, który walczył w powstaniu '44, rodzina po jego upadku, osiadła w Anglii. Wspominam to specjalnie bo liczba 44 jest tu istotna. Poruszona została właśnie w "Dziadach", i nikt nie wie o co biega.

Pierwszy fragment:
Patrz! – ha! – to dziecię uszło – rośnie – to obrońca!
Wskrzesiciel narodu,
Z matki obcej; krew jego dawne bohatery,
 A imię jego będzie czterdzieści i cztery.

Drugi fragment:
Nad ludy i nad króle podniesiony;
Na trzech stoi koronach, a sam bez korony;
A życie jego – trud trudów,
A tytuł jego – lud ludów;
Z matki obcej, krew jego dawne bohatery,
 A imię jego czterdzieści i cztery.

Dziady, cz. III.

Wiedzą ci co liczą i żyją trochę później. Jak zawsze. Patrząc na to z pewnej perspektywy, a tą daje samolot, dokładniej widok z samolotu, na przykład z tego który runął na ziemię w Smoleńsku, a on, ten widok, był wywieszczony przez Wieszcza w "Dziadach", bo 10.04.2010 to10 + 4 +20 +10 = 44. Hu! Hu! Ha! Co do wieszczów to też trzeba uważać, bo to różnie bywa. Politycy też tak "umią" wieszczyć, jak nasi najlepsi literaci, w dodatku bez ich umiejętności potrafią z ludzi robić dziadów i ludzi bezdomnych.

Wiedźma grzybiarka. Czym chata bogata...!



Lao Che, Astrolog, Gusła, 2002.

Kto zacz? Wystąp! Odpowiedz!
Kto zacz? Zaklinam! Odpowiadaj!
Pomnij! - "...niż mędrca szkiełko i oko..."
Macochą mi Luna. Pasierbem Kometa.
Bielmem Konstelacja w almanachu wersetach.
Miast źrenic - luneta. Jam astralny kąkol.
Alchemia cnót w żółć. Sercem mym szron.

Miej serce i patrzaj w serce!

"...A kto prośby nie posłucha,
W imię Ojca, Syna, Ducha,
Widzicie Pański Krzyż.
Nie chcecie jadła, napoju,
zostawcież nas w pokoju.
A kysz! A kysz!..."

Dla tłuszczy niebiegłej w Piśmie -
Podium cyniczne. Dla mnie bałwochwalcy -
Klucz do wróżb - Cielcem!



Nox Arcana, Grande Masquerade, Transylvania 2005.

poniedziałek, 21 września 2015

Jesień w Pekinie (L'automne à Pékin)*.

Jesień w Pekinie / L'automne à Pékin, 2015
(fot. Brykiet Noga).

Aparat który zrobił to zdjęcie miał 107 lat i procentów niemało u operatora. Dziwił się ludziom, którzy się odwracali jak wyjął skrzynkę z czerwoną torbą przed siebie i majstrował przy niej, nie zwracając uwagi na otoczenie. Otoczenie zaś zwracało się w jego stronę i zapytowywało czy może potrzymać sprzęt i czy to w ogóle działa. Dziwili się bardzo, że na tylnej ściance, która była z drewna, nie ma wyświetlacza...A żeby zrobić kolejne zdjęcie trzeba pokręcić takim wihajstrem, żeby matrycę przesunąć, bo poprzednia się była zużyła.

Jak każdy szanujący się zamek czy pałac, i Pekin ma swoje legendy. Legendy legendarne jak i legendy prawdziwe. Do tych mniej prawdziwych należą opowieści o tym jak to Józek S. spytał się Bolka B. jaki to prezent Warszawie się przyda. Wybór był niewielki, metro, osiedle i pałac, i oczywisty. Pod pałacem ma istnieć stacja kolejowa i połączenie z Dworcem Centralnym czy dawnym KC i pięć podziemnych kondygnacji (są tylko dwie), i schron przeciw atomowy. Duchy też się znajdą, a to tych biedaków co zginęli podczas budowy, a ich ciała wykorzystywano w ramach uzdatniania fundamentów lub zamurowywano w ścianach. Są też tajemnicze pokoje, w których mieszkają manekiny poprzykrywane prześcieradłami.
Do legend prawdziwych zalicza się historia kocich pracowników. Jest ich obecnie 25, na etatach, i łowią nie dla zabawy szkodniki. Czyli tacy ochraniarze. Było ich nawet ok 60, ale jak wszędzie i tu redukcja etatów zrobiła swoje. Wzięli się oni, ci koci, z małych miasteczek i wsi, skąd to poprzywozili ich właściciele pracujący w pałacu. I tu porzucali. Jeszcze dwa lata temu ich opiekunką była pani Elżbieta Michalska. Ludzie w szarych czasach, jakichś latach '60-tych, naprawdę wierzyli w moc "Pajaca" i utożsamiali go z władzą. Pisali do niego listy takie: "Drogi Pałacu Kultury i Nauki, mam trudną sytuację mieszkaniową czy mógłbyś mi pomóc". To były czasy. Pracujący tam ochroniarze, nie mogli się tym faktem chwalić, nawet rodzinie. Ochrona była, jak na taki przybytek kultury i władzy, nie byle jaka. Sam Biskup z Kieliszkiem, i jeszcze Bania, byli pierwszymi ochroniarzami w pałacu. I im to się udało zatrzymać i nie wpuścić samego Bolka B., który sobie umyślił zwiedzanie bez zapowiedzi.Wejście do pałacu było szarakom wzbronione, dopiero od Gomułki się to zmieniło. Co do dzikich lokatorów, zawsze się tacy trafią, to samica sokoła założyła sobie na 42 piętrze gniazdo. I przylatuje sobie na okres lęgowy. Do portierni zaś wprowadziła się kobieta z dzieckiem, a w kinie "Wiedza" zamieszkał włóczęga Marek, na kilka miesięcy. Ciekawe co by z nimi zrobił pewien miliarder, z USA, który zwrócił się z ofertą kupna pałacu, przewiezienia w kawałkach do Stanów i poskładania go jak puzzle...Polska odmówiła.

"To się odbuduje..."


 *"PKiN" (PeKiN, Pekin) - Pałac Kultury i Nauki / Palace of Culture and Science.  Pekin - Beijing (Peking).




wtorek, 11 sierpnia 2015

Żabi Kruk i Kocurki.

Młody flisak, Wojtek Kruk, kochał Różę, córkę bogatego gdańskiego kupca. Ojciec Róży nie zgadzał się na ślub młodych, ze względu na stan majątkowy Wojtka, a raczej jego brak zupełny. Wojtek się uparł. Postanowił odłożyć trochę grosza, żeby mu starczyło na dobre ubranie, w którym mógłby się godnie zaprezentować. Ciężko pracował przez kilka lat, potajemnie spotykając się z ukochaną. Gdy już odłożył pewną sumkę, zaopatrzył się w szaty godne mieszczanina.

Dwór Artusa, Domenico Quaglio, 1833.

Przebrawszy się za człowieka, postanowił się spotkać z Różą. Ta ujrzawszy go, zamiast przedstawić wybranka ojcu, zaciągnęła go na bal, do Dworu Artusa. Nadmienię, że wstęp tylko dla patrycjuszy i bogatego mieszczaństwa. Pospólstwo mogło się obejść bokiem. Nie przeszkadzała pozycja bawiącym się tam w uprawianiu hazardu, zakazanego jakby nie było, piciu nadmiernemu i wszczynaniu dzikich burd, których nie powstydziliby się prości ulicznicy. Tańczyli i bawili się świetnie, aż do momentu, kiedy na sali pojawiła się nikomu nie znana postać, ubrana na czarno.

Kościół Mariacki.

Gość porwał do tańca Różę i wziął ją w obroty po całej sali. Wojtek stracił cierpliwość i upomniał nieznajomego, że Róża przyszła z nim i pora już zakończyć te harce, oraz wypadało się przedstawić. Na to tamten odrzekł: "I tak byś nie uwierzył. Prędzej mi ząb wypadnie niż ci ją oddam, żałosny flisaku" i dalej się kręci przy Róży. Wojtek rozkminił w końcu, że to diabeł w skórze mieszczanina, nie przeszkodził mu wcale fakt, że sam w takowej był właśnie. Ostrzegał ukochaną żeby uważała, ale ta już będąc pod urokiem czarta, nie słuchała. W końcu diabeł ją porwał a Wojtka zamienił w kruka. Młodzieniec próbował gonić go, jednak latać nie za bardzo umiał i zahaczył o wieżę Kościoła Mariackiego i do pobliskiego bajorka, żabiego błotka spadł. Złamał przy tym skrzydło.

Żabi Kruk (Poggenpfuhl). W głębi kościół św. Piotra i Pawła.

Uratowały go żaby. Opatrzyły i poskładały. Wysłuchawszy jego historii, król żab oświadczył, że wszystkie żaby pomogą mu w walce z diabłem, o odzyskanie Róży i poprzedniego kształtu. Kruk zdrowiał szybko. Żaby w tym czasie zbierały informacje, co, gdzie, kiedy, i jak. Król żab dowiedział się od kumy, gdzie przebywa diabeł oraz, że zamienił ją w kwiat, i wsadził w kryształowy wazon, bo za głośno płakała. Ropucha dowiedziała się jeszcze jak załatwić piekielnika, sporządziła w tym celu eliksir, oraz jak odwrócić czar. Tak przygotowany kruk poleciał po swoje. Na miejscu zastał diabła śpiącego. Wlał mu eliksir do paszczy, po czy tamten usnął jeszcze bardziej. Na głowę pocisnął mu głaz, wybijając ząb trzonowy. To wystarczył do zdjęcia zaklęcia. Po odzyskaniu dawnych postaci młodzi czmychnęli do domu, zabierając na pamiątkę ząb. Po tym wszystkim ojciec Róży dał zgodę na ślub, który odbył się w Dworze Artusa. Ząb powieszono przy wejściu. Żabie błotko w którym lądował kruk, znajdowało się na Starym Przedmieściu, gdzie znajduje się obecnie ulica Żabi Kruk.

Dwór Artusa. Ząb diabła, po prawo na łańcuchu (fot. LK.).

Romantyczna historia. Jednakże przechodząc od romantyki do fizyki i fizjologii, ujrzymy to w nieco innym świetle. Też miłosnym. Działo się to w XVIII i XIX wieku. Była sobie pewna ulica, po której to grasowały panie lekkich obyczajów, w poszukiwaniu lepszego jutra. Tak było na ulicy Zbytki, no bo ludzie lubią nieszkodliwe psoty, figle, zbyty. Podobnie sprawa miała wyglądać po drugiej stronie Podwala Przedmiejskiego, na Żabim Kruku. Tylko, że tutaj to miały pracować panie, którym wydłużono wiek emerytalny do granic możliwości albo i dalej, i które pewnie nawet za młodu nie musiały się podobać, co pewnikiem bieda i ciężka praca bez szkolenia z zakresu BHP, tylko nadwyrężyły.  Korzystanie z ich usług było tak krępujące, że interesanci, między innymi urzędnicy niskiego szczebla, a wiadomo pozycja zobowiązuje, ale portfel już mniej, przychodzili ubrani na czarno, z kapeluszem głęboko wciśniętym na oczy i postawionym kołnierzem, żeby nie zostać rozpoznanym. O obiektach swoich interesów, nie wyrażali się zbyt pochlebnie, i pieszczotliwą "żabcię" zamieniali w "żabę" lub "ropuchę". Panie natomiast o zakutanych w ciemne łachy klientach, mówiły nie inaczej jak "kruki". 
Jest jeszcze jedna wcześniejsza nazwa, a mianowicie Poggenpfuhl. Dosłownie można to tłumaczyć "ropusze grzęzawisko/bajoro". Co sugeruje, że teren był podmokły, chaszcze, tataraki i inne. Nie dam głowy czy nie było tam kanału. Toponimy coś mają w sobie. Natomiast słowo "pogge", w gwarze gdańskiej miało oznaczać panią lekkich obyczajów. W skrócie. Poggenpfluh to Kurwidołek. Słowem wyjaśnienia. Pogge lub pogg, jeden słownik podaje, drugi nie. Do tego może to być dolnoniemiecki albo jakaś gwara i klops. Tak to pokrótce wygląda: Pogge - ropucha (Kröte - ropucha; Frosche - żaba); Pogg - żaba.

Ulica Kocurki (Katergasse).

Kończąc dodam, że przechodząc od Zbytków w Rzeźnicką, po chwili z tej ostatniej należało skręcić w lewo w Kocurki (Katergasse), ciekawe co na tej ulicy się wyprawiało, poza żartem o jej szerokości, że jest tak wąska, iż tylko kot się nią prześlizgnie, którą dochodziło się do Żabiego Kruka.


PS Z występów w Dworze Artusa. Z tym jednak się zgodzić można: "Kto tęgo pije, dobrze śpi, kto dobrze i dużo śpi, ten nie grzeszy, ten więc kto pije, wnijdzie do królestwa niebieskiego". Wpis jednego z uczestników bachanaliów, do księgi gości. Choć jeden Ogier, dworzanin Władysława IV, raczej się obruszył i zniesmaczył. Był i widział, a zobaczył to: "Oto stała tam i nieznużona pijatyka, bez nijakiego jedzenia. Stowarzyszenie takie bowiem od czasów dawnych utworzone, do którego ci, co chcą tam przyłączyć i wpisać, cesarskiego talara jako wstępne i dopustkę wpłacają. Oną daninę wpłaciwszy, prawo mają do dworca tego jeśli im wola i codziennie wchodzić, i przez całą noc, jeśli im tam chęć zostaje, spijać piwo, którym do siebie nawzajem przepijają. Sprzedają tam i służby swe ofiarowują onego dionizyjskiego przybytku stróże i jakoby zakrystianie w lnianych fartuchach; powagi też pełni i przystojności brodacze owi, co srebrne kubki napełniają, Danaidom w tym podobni, że kubki te raz wraz są znowu próżne." Dziennik podróży do Polski 1635-1636, Charles Ogier.



sobota, 3 stycznia 2015

Rozdarty kot.

Koniec epoki Edo, wczesna Meiji. Tak po naszemu, to pięć lat po powstaniu styczniowym a dwa przed I wojną światową. Czyli tradycyjnie. Inni się bawią, a my, między młotem a kowadłem.

Jedna z legend, z tego okresu mówi o pięknej i bogatej gejszy, która została zaatakowana przez swojego ukochanego...Kto pomyślał o facecie? A? Kota! Zwierz tak okrutnie się darł i drapał, że wezwano na pomoc właściciela domu, który jak wpadł, tak pomógł. I odciął kociakowi głowę. Miało być prosto, a nie jest. Bo mam zagwóźdź teraz. Bo jeżeli darł i drapał się kot...To, to znaczy, że się darł i drapał, czyli piskał i drapał, a jeżeli drapał to kogo? Się czy gejszę? Bo jeżeli się darł i drapał, w sensie szarpał i drapał siebie, toć mu kaftan dać, bo chory przecie, a nie łeb ucinać! Ale jeżeli się darł i drapał gejszę...Może być takie rozdwojenie, nie dość, że się darł, na strzępy, to i drapał. Takie zapętlenie w bólu. A może się darł żeby go podrapać? A gejsza w ogóle nie krzyczy...Ciekawe. A tu rzeźnia. Koleś wpadł, porąbał kota i cisza...Dziwne. A...Zapomniałem. Ten kot darł się i szarpał w toalecie...W sumie, to chyba nie chcę wiedzieć co się tam działo. Kot był szalony, może wściekły, gejsza w chuj zimna i opanowana. Musiałem to uprościć.
Ucięta głowa kota leci. Kot już się nie drapie, może jeszcze się drze siłą rozpędu. Gejsza pewnie podrapana lub podarta, też może się drzeć...Jeszcze.  Ale zajadli są wszyscy. No i ta głowa w locie, dziabnęła jadowitego węża, który wyłaniał się z toalety...I tak oto kot, który się darł i drapał , uratował gejszę. Gejsza nie była usatysfakcjonowana utratą kota ukochanego...Pewnie się darła. ,To pan, właściciel domu, podarował jej figurkę stylizowaną na jej ukochanego kota. To moja ulubiona wersja.
Są też inne. Na przykład, jak to samuraje spotkali kota przed świątynią Gotoku-ji, i myśląc, że kot do nich macha, a ten się tylko po uszach mył, weszli i zajęli ją bez rozlewu krwi. Albo o staruszce, co kochała zwierzęta, ale z długów musiała je opylić. A i tak zabrakło. To zaczęła wypalać kocie figurki...I co? Amerykański sen. Figurki robią furorę. Moda. Majątek! I o pewnym panku, którego burza złapała. I schronił się pod drzewem, pobliżu jakiejś podupadłej świątyni, Gōtoku-ji, i siedział. Przed wejściem do świątyni ukazał się kot. I wygląda ten kot, jakby machał na panka. No to ten poszedł w stronę kota. A w tym momencie w jego drzewo walnął piorun. No. To świątynia przestała podupadać. A tradycją stało się chowanie pjupiuli w pobliżu Gōtoku-ji.
A w ogóle to piszę o "kocie zapraszającym", maneki-neko, bo to ma się jego powstanie z tych wydarzeń wywodzić. Figurka przedstawiająca kota siedzącego, z uniesioną lewą lub prawą łapą, obie to już przegięcie. W różnych kolorach, kolor na różne sprawy, z dzwoneczkiem albo płytką, na której jest wypisane co ma przynieść dobrego kot.



PS O kolorach i reszcie...Nie chce mi się pisać.

wtorek, 23 grudnia 2014

Muchomory Św. Mikołaja.

Muchomory to fajna sprawa. Mikołaj też. Ruchomory to już w ogóle...;)
Warto sobie przybliżyć temat...

Ciekawe, że muchomory są tak świątecznie popularne...



I z innej beczki.

Opactwo Plaincourault 1291, Ibre, Francja. Fresk w kaplicy, muchomorowe drzewo z Adamem i Ewą,


Kościół św. Michała 1192, Hildesheim, Niemcy.

(by Peter.)

Psałterz Eadwina (Eadwine), ok 1150, min Adam i Ewa przy grzybie-drzewie. I grzybki.

(from Genesis.)

Jezus-Muchomor, Basilica de Nossa Senhora da Conceicao da Praia, Salvador, Brazylia, XVI-XVIII


Drzewo poznania dobra i zła stylizowane na grzyba...Tak. A co na to Księga Genesis?
Na pewno nie umrzecie, lecz Bóg wie, że gdy tylko zjecie z niego, otworzą się wam oczy i będziecie jak Bóg, znający dobro i zło. (w 4-5)
Dlatego zabraniał? Piękine ;).

Do tego można dodać św. Mikołaja i będzie komplet. Renifery też żrą muchomory. Zresztą jest metoda spożywania muchomorów..."Na renifera";).

Najpierw muchomory żre renifer. Kiedy dojdzie do siebie to go trzeba pilnować, żeby się nie wypróżnił byle gdzie. Łapiemy go na oddawaniu moczu, a ten skrupulatnie zbieramy do naczynia. Jak znajdziemy chętnych to lutujemy po kolei. Ponoć bardzo wydajna metoda. Nie wiem czy później wypija się mocz wszystkich którzy brali udział w imprezie. Hmm. W zasadzie można tak w kółko...

Święty Mikołaj pochodzi od szamana ludów północy. Dostarczał im, i sobie, muchomory. Czerwone. Zasadniczo ubranie Mikołaja przypomina grzyba, podobnie z krasnalami. Zbierał je sobie w lesie. Co znalazł, zanim wsadził do worka , kładł na gałęziach drzewka, aby trochę obeschły i były pod ręką. Kładąc grzyby blisko rozgałęzienia, mogą one zwisać nóżką, a kapelusz zapiera się o gałązki. Choinka z ozdobami?
Grzyby zbierał jesienią i w okresie przesilenia zimowego. Poruszał się saniami które ciągnęły renifery. Renifer, wiadomo, na północy główna siła pociągowa. Ciekawe, że chrześcijański Św. Mikołaj też podróżował saniami z reniferami. Tylko on był z Turcji, pochodził z Miry. Gdzie
renifery w Turcji? Gdzie logika?
Wiadomo. Na północy zimy ciężkie. Śnieg potrafił zasypać wejścia do domów. Mieszkańcy posiadali specjalne drzwi na takie okazje, klapa w dachu, lub odpowiednio szeroki komin umożliwiający wejście, ewentualnie otwór dymny w jurtach.. Wchodzenie Mikołaja przez komin?
Kiedy już szaman dotarł do domu. W sensie do jego wnętrza. To musiał sobie te grzybki podsuszyć. Najłatwiej zapakować w jakieś woreczki i powiesić nad paleniskiem/kominkiem…Czyli skarpety nad kominkiem.
A…No i latające sanie. Gdy nasz szaman popyrgał się saniami, z reniferami, będąc pod wpływem, ciekawe czy renifery też były , miał wrażenie, że się unosi w powietrzu;) Jego ziomkowie nie mieli podstaw ku temu aby nie uwierzyć szamanowi, że sobie polatał;)! Latające sanie.
Prezenty...No przecież muchomory pod drzewkiem to jak prezent;)

Szaman wykonujący rytualny taniec, Festiwal El-Oiyn, Ałtaj.


Inna metoda dekorowania drzewka.

(unknown author)

A bombki muchomory to przypadek? Ja się pytam...


Krasnoludki też się widzi przez muchomory...


Little man stands in the forest
very still and mute.
He has around him a little coat of red.
Say, who may the little man be,
that stands there on one leg?
Happiness-mushroom!
Fly-mushroom!

Stara niemiecka rymowanka.

Magiczne grzyby i renifery ;).


Reanimując...
Św. Mikołaj był Szamanem i w prezencie dawał ludziom Muchomory, żeby im było lepiej;)


PS I papież też muchomor?

(from 911truth.ch)

środa, 17 grudnia 2014

Krawiec z Coventry albo Podglądacz (Tailor of Coventry either Peeping Tom).

Fot. Brykiet Noga.

Dawno, dawno temu...Był sobie Lord.
Twardy pan, wysokie podatki, naga lejdi na koniu, miękki pan, niskie podatki, oślepiony krawiec...
Bo podglądał.
Czyli legenda o Lady Godivie.

Once upon a time...There was a Lord.
Severe Lord, high taxes, naked Lady on horseback, kind Lord, low taxes, blinded tailor ...
Because peeped.
Id est The Legend of Lady Godiva.



(Lady Godiva, John Collier, ok. 1898)