Pokazywanie postów oznaczonych etykietą archeologia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą archeologia. Pokaż wszystkie posty

sobota, 20 sierpnia 2016

Ukotawianie ludzi.

Jajko czy kot? Właśnie wykończyłem kurę, i tak się zastanawiam, co teraz. W zasadzie wybór jest oczywisty, bo kota nie mam, i to nie dlatego, że go zeżarłem, ino żaden mnie jeszcze nie udomowił. Czyli kaszanka, i to nie mała. No bo tak. To, że koty rządziły Egiptem, to nawet dziecko wie, ale czy tam doszło do udomowienia, to już nie jest takie proste, na pewno ubito tam sporo pierworodnych. Są ślady wskazujące na wcześniejsze kontakty kotów z ludźmi, i miało to się odbywać w mieście Jerycho, gdzie znaleziono kości, wyglądające na kocie, które liczą sobie coś około 9,5-9 tys. lat. Tylko czy były to kontakty na dziko, czy kooperacja, to już mniej wiadomo. W Egipcie już była pełna współpraca, a co pomiędzy?. Pomiędzy jest  nubijski epizod, dodam, że rozchodzi się o Felis silvestris lybica, kota nubijskiego aka żbika afrykańskiego przodka kota domowego, który to miał właśnie z Nubii trafić na stolec faraonów, i dalej. Żbik czy kot, nie robi różnicy, badania genetyczne udowodniły, że są tak blisko siebie, że to, w sumie kobik. A miało to się odbyć za sprawą kapłanów, to ci co ściemniali, patrz Słońce, że interesują ich bogowie, a nie polityka. Znów się rozbija o boginię Bastet, tą od kotów. Pierwotnie poświęcone były jej...Lwy. To faktycznie mógł być ciężki kawałek chleba, taka służba, a nawet można było skończyć jako boska przekąska. I tak około 2500 roku p.n.e., pewien mądry kapłan wyruszył, w podróż do Nubii, żeby znaleźć jakiś mniej drapieżny zamiennik, i możliwe łatwy w obsłudze. W Nubii ujrzał małe, płowego umaszczenia, zwierzę. Przypominało małego lwa, przy czym było delikatne, łagodne, i pozwoliło się wziąć na ręce. Spryciarz z Bubastis wziął jednego takiego przytulaka i zaniósł do swoich. Przedstawił najwyższemu zgromadzeniu kapłanów, a ci oczarowani kotem, zdetronizowali lwa. Tak kot nubijski pozwolił zrobić z siebie bóstwo, i udomowił Egipcjan. Czasem złapał myszkę i przynosił swoim ludziom, widząc, że nawet takiego maleństwa nie potrafią capnąć.

Dziki kot afrykański (Felis silvestris lybica).
Travels to Discover the Source of the Nile in the years 1768 to 1773,
London, 1790. James Bruce (1730-1794).

Ale Nubia problemu nie rozwiązuje. Oprócz Jerycha, są inne miejsca które łączą koty i ludzi. Na ten przykład, w roku 2004, na Cyprze, w Shillourokambos, olbrzymiej neolitycznej osadzie zamieszkałej od dziesiątego do dziewiątego tysiąclecia, odkryto pochówek kota nubijskiego i człowieka, około 9,5 - 9,2 tysiąca lat. Do tego narzędzia, biżuteria, muszelki, ochra. Na kościach nie było śladów konsumpcji. Po co kot ma człowieka, nie wiadomo. Spoczywanie w tym samym grobie nie wskazuje na udomowienie, mogło chodzić o trofeum, dajmy na to, albo rytuał. Zaleczone pęknięcia kończyn, lewy humerus i prawy femur, młodego kota bagiennego (Felis Chaus), pochowanego w grobie sprzed 5500 lat, w Nechen (Hierakonpolis) w Górnym Egipcie wskazują, że koty miały pełen pakiet świadczeń socjalnych, a w przypadku wypadku, mogły liczyć na leczenie. W 2008, na tym samym cmentarzysku odnaleziono pochówek czterech kociaków, z dwoma dorosłymi, 3,8-3,6 przed Chrystusem, razem w jednym dołku. Mimo wszystko nie wskazują one jasno na udomowienie. Mógł to także być mord rytualny. Niektóre dowody wskazują, że udomowienie mogło nastąpić między wynalezieniem rolnictwa, a oswojeniem kozy i owcy, coś między 10 -9 tys. p.n.e.

Człowiek dla kota musiał coś znaczy, skoro zabrał go ze sobą.
Shillourokambos, Cypr.

Tylko, że dowody są od tego, aby bawić się na całego. I tak pies się wyłamał, dawano mu 15 tys. lat na oswojenie, ale to było kiedyś, bo szczątki znalezione w jaskini Goyet, Belgia, mają ponad 31 tysięcy lat, co stawia ludzi kultury oryniackiej, w pierwszym rzędzie hodowców psów. Między 9,5 - 4 tys. lat, w udomawianiu jest luka. Co by nie mówić, daty 2310 - 1950 przed Chrystusem, jako udomowienie w Egipcie, się dewaluują. W latach 2008-10, pojawiło się centrum udomawiania kotów z ludźmi, na wschodzie, w Chinach. Badania archeologiczne przeprowadzone w  wiosce Quanhucun, w prowincji Shaanxi, w wiosce neolitycznych rolników kultury Yangshao, wykazały, że była ona źródłem pożywienia dla kotów 3500 lat p.n.e., jak i ich bliskiej współpracy z ludźmi [Earliest “domestic” cats in China identified as Leopard cat (Prionailurus bengalensis), 22 January 2016]. Dziś w tej prowincji żyją cztery dzikie gatunki kotów: dziki kot azjatycki aka kot stepowy (Felis s. ornata (1.0–2.1 kg), chiński kot górski aka kot tybetański (Felis s. bieti; 4.0–6.5 kg), Mantul stepowy aka kot Pallas (Otocolobus manul; 1.8–4.0 kg) i kotek bengalski aka kot lamparci (Prionailurus b. bengalensis; 1.5–3.8 kg, w płn Chinach do 7 kg.). Po sprawdzenie wielu typków, bieti odpadł, bo jest za wielki, mantul zaś, bo był pośrednim, między ornatą i bengalensis, czyli udomawianie dotyczyło dwóch ostatnich, lub przywiezionego z południowo-zachodniej Azji lybica. Co ciekawe, współczesne koty w Chinach nie pochodzą od żadnego z nich, tylko właśnie od lybica. Koty ucztowały sobie na zebranych zbożach, które były przechowywane w magazynach, chrupiąc chrupiące neolityczne myszki. Ciężko tu mówić o byciu domownikiem, ale zebrany materiał wskazuje na bliskie sąsiedztwo kotów i rolników, i korzyści wynikające z tego. Typowy związek komensaliczny, być może najstarszy znany, koty - ludzie. Człowiek produkując zboże, hoduje niepożądane myszy. Kot będący w symbiozie z człowiekiem, żywi się produktami pokarmowymi niewykorzystanymi przez tego pierwszego ;)


To było tam.

Znaleziska, z osady, obejmują domy, spiżarnie, kilka pochówków ludzkich, szczątki flory i fauny, narzędzia kamienne i kościane, ceramikę. Rośliny uprawne zidentyfikowano dzięki fitolitom i zwęglonym nasionom, głównie proso i jakiś ryż. Ze zwierząt zidentyfikowano psa, zająca, świnie, jelenia sika, sarny, gryzonia (Cokor, chomikowate do 30 cm) i ryby. Koty to felid: kości dwóch lub więcej gatunków, (F. ornata, P. bengalensis), i tygrys (Panthera tigris). Koty z Quanhucun były mniejsze od swojego kuzyna z zachodu, ale łapały się w rozmiarach domowego. Analiza kostna wykazała, że koty, ludzie, psy i gryzonie mieli dietę opartą, w większości na produktach zbożowych, głównie z prosa. U zwierząt może to świadczyć o karmieniu produktami ubocznymi lub resztkami, albo grzebaniu w śmieciach i odchodach. Ceramiczne zasobniki, o gładkich ściankach i bez krawędzi, wskazują na potrzebę ochrony zbiorów i produktów spożywczych przed szkodnikami. Dowodem współpracy gryzoni i plonów, są nadto ślady nor prowadzące do dołów w których przechowywano ziarno, oraz specjalne konstrukcje utrudniające dostęp do żywności, stosowane przez kulturę Yangshao. Jeden z kotów dożył sędziwego wieku, co świadczy o tym, że nie miał problemów ze dobywaniem pokarmu. Inny z kotów wyróżnia se tym, że więcej zjadał produktów rolnych, niż mięsnych z polowania, a może wcale i nie jadł mięsa. Intrygujący fakt, bo albo zamiast się wysilać, żarł to co było pod ręką, albo był pod opieką ludzi którzy go karmili, bo nie mógł polować, albo nie wypadało mu. Ta ostatnia możliwość jest lepsza, a nawet oczywista. Koci król. Polowali inni.

Koci podział świata.
(Driscoll, et al., Science, 2007)

Gdzie by to nie nastąpiło, jedno jest pewne. Najpierw człowiek musiał przestać się uganiać za zwierzyną. No bo jak to, kot miałby latać po lesie, albo po sawannie za mięsem i człowiekiem? Poczekał, aż człowiek osiądzie, i zacznie produkować żywność, którą zmagazynowaną zaczną mu podgryzać, różnego rodzaju małe podgryzacze, i wtedy się zjawił oferując swoje towarzystwo i pomoc, w zamian za ciepły kąt i dobrą miskę. I głaskanie. Tak człowiek zaczął pracować dla kotów.



 Grateful Dead, China Cat Sunflower, Aoxomoxoa. 
3 Maj 1972, Olympia Theatre, Paryż.







PS Jestem w stanie nierozwiązywalnym.

czwartek, 5 maja 2016

Prosta historia.

"I wyszły żaby i pokryły ziemię egipską". Tak też bywa. Tu przyjmiemy założenie, że to było za sprawą Thery (Thiry), która była wybuchła za panowania faraona z XVIII dynastii Ahmose (Ahmosis I / Jahmes), co panował między 1550-1525 p.n.e., lub nieco później, w sensie wybuchła, nie panował. To nieco później jest dość istotne, bo pumeks znaleziono w warstwie stratygraficznej Totmesa III. Później się wyjaśni. Po wyspie zostało 200 metrowe tsunami i chmura pyłów i kamieni kupa. Było to niemałe zajście i w Egipcie odnotowano zabarwienie się wód Nilu na czerwono. Przywiało tam czerwony pył wulkaniczny, który był wyrzucony na wczesnym etapie erupcji wulkanu. Patrząc na skale zjawiska, olbrzymia część kraju odnotowała takie zabarwienia, musiało nieźle zawiać. Faraon nie pękał, "serce jego pozostało uparte", gdyż to samo potrafili uczynić jego czarownicy, czyli zamienić wody Nilu w "krew". Opadający popiół, pumeks i sadza zanieczyszczają wodę. To zmusiło między innymi żaby do opuszczenia swoich domostw i szukania szczęścia gdzie indziej. [...] Nil zaroi się od żab. Wejdą do pałacu twego, do sypialni twojej, do łoża twego, do domów sług twoich i ludu twego, jak również do twoich pieców i do dzież twoich. 29 Żaby wślizną się i do ciebie, i do twego ludu oraz do twoich sług. (Wj 7, 25-29) Przy okazji cały ten syf zmusił ptaki, na przykład ibisy - to takie ichniejsze bociany na żaby, i inne drobne drapieżniki, do przenosin na południe. Żaby uwolnione od swych naturalnych prześladowców z radości rozmnożyły się niemożebnie. "Serce faraona pozostało uparte" bo i tę sztukę posiedli jego czarownicy. I zrobili to samo, powiększając chaos, którego jednak zlikwidować już nie potrafili.

Skoczymy na małe co nie co?
The Plague of Frogs,
Sacra Biblia, nouo et vetere testamento constantia eximiis que sculpturis et imaginibus illustrata,
De Limprimerie de Gerard Jollain, 1670.

Żaby do wody wrócić muszą, a i są inni też mieszkańcy zbiorników wodnych. A tu woda zanieczyszczona, żyć się nie da. Gnijące ciała wodnych mieszkańców stały się wyśmienitą pożywką dla larw moskitów i komarów i nie tylko. A jeśli to było latem, przy leniwie rozlanym Nilu...Tylko pozazdrościć. Tu należy wspomnieć o tym "nieco później". Chodzi o to, że do powyższych zdarzeń, miało dojść za Amenhotepa II, który panował w latach 1425-1397 p.n.e., i był synem Totmesa III, co to panował między 1458-1425 p.n.e. Czyli wszystko rozmija się nieco o 100 lat. Ujdzie. Co prawda metodą C14 umiejscowiono erupcję w latach 1760-1540 p.n.e., z naciskiem na wcześniejszą, a dendro dołożyło od siebie rok 1627 (±1 rok) p.n.e. Ale co tam. Pomimo powyższych wyników egiptolodzy odmawiają dokonania zmian w chronologii starożytnego Egiptu. Dlatego nic nie stoi na przeszkodzie wplątania w tą historię Amenhotepa II. I tak by wychodziło, że Totmes III wygnał Mojżesza z Egiptu, a Amenhotep II miał problem z robactwem i z jakimś dziadostwem skórnym, które mu miał Mojżesz zafundować, jego mumia ma ślady czegoś takiego, a pierworodny zmarł mu na tajemniczą chorobę. I nie mieszajmy do tego Boga i Ramzesa, bo że ;) czasem opadają inne rzeczy na ziemię to wiadomo (tu). Co prawda z tą skórą to tak trochę nietęgo, bo podobne wyrzuty mieli ojciec Amenhotepa II ,Totmes III, jak i jego dziadek Totmes II. Cóż. Pewnie ich stosunki rodzinne rzuciłyby światła na tę sprawę, a tak wiadomo tylko, że ich mumie mają stupy, i nie wiadomo od czego.

O! I jeszcze dwie...
Aaron points his rod at the river and it begins to flow with frogs.

Po tym krótkim wyjaśnieniu, Egipt zaatakowały muchy tse-tse, bo też nie miał ich kto zeżreć. Naturalni wrogowie albo padli, albo czmychnęli. Zanieczyszczona woda popiołami z czasem stała się ciemna, kwaśna i pozbawiona wystarczającej ilości tlenu potrzebnego do życia. Wszystko co w niej żyło, zaczęło umierać i gnić. Kupa owadów i klops gotowy. Kto pił zanieczyszczoną wodę to padł. A najwięcej jej piło bydło. To i najwięcej go padło. Ci co mogli pili wino, i też padli. Przy wielkiej liczbie padliny i wysokiej temperaturze, oraz moskitów i innych padalców, o zarazę łatwo czy jakąś inną ospę albo wrzody, i długo czekać nie trzeba było. 200 kilometrów sześciennych skał latających w powietrzu, nie może przejść bez echa. Lżejsze pyłki zostaną w górnych warstwach zasłaniając słońce i powodując oziębienie. Cięższe polecą sobie hen, tworząc potężny prąd atmosferyczny. I to wszystko jako grzmot i grad może maluczkich w trwogę wprowadzić a nawet ubić. A jak już kłopoty to na całego. Opadające popioły, jak i te które zasłoniły światło mogły spowodować, i spowodowały, wielką migrację szarańczy, która przyleciała i zeżarła doszczętnie resztki ocalałej zieleni, nie oszczędzając klombów. Na domiar złego przez kilka dni się nikt ruszyć nie mógł, bo nic nie było widać, bo jak zagazowało i zapyliło się atmosferę to tak jest. Egipskie ciemności zapadły.

Zielone myszy...? Tato ostrzegał ale przed białymi. Miau...?!
Anonim, 1834.

Podobnie było przy erupcji Krakatau, kiedy słońce dawało nie wiele więcej światła jak księżyc w pełni. A tu pył i kurz. I była to większa skala erupcji. Skisła woda i powietrze, brak jedzenia, zaraza i pryszcze, panoszące się owady i ciemności w których można pomylić lekarstwo z czyś innym...W takich warunkach pierwsi odpadają najsłabsi. Pierworodny syn Amenhotepa II też nie podołał takim warunkom i zszedł. To wiadomo ze "Stelli Snu" Totmesa IV, którą archeolodzy odkryli między łapami Sfinksa. Następca Amenhotepa II nie był jego pierworodnym synem i otrzymał tron dzięki jakiej "nadnaturalnej" pomocy. Inskrypcja na niej wyryta opowiada o tym, jak będąc młodzieńcem książę polował na lwy, w zachodniej pustyni. Podczas postoju na skraju równiny w Gizie, się zdrzemnął i miał sen. Ukazał mu się Re-Harrakte (Sfinks lub Horus) i zaskoczył go proroctwem, że pewnego dnia stanie się królem Egiptu, ale wpierw musi usunąć piach przykrywający łapy Sfinksa. Taki archeolog, trochę. Widać cudy się działy, bo pierworodny wskakuje na tron z automatu, a tu chop i siedzi kuzynek. I pomyśleć tylko, że to wszystko przez żaby. Gdyby nie wylazły z wody...Mojżesza uznano by za niegroźnego głupka. A co z Amenhotepem II, który nigdy nie doznał porażki, nikomu nie uległ, był wzorem dla żołnierzy i ulubieńcem narodu? Silny i zręczny, kultywujący tradycje kulturowe i religijne. A Egipt rozkwitał wtedy. Ciekawe. A tak zginął w wodach Morza Czerwonego, ze złamanym kręgosłupem, mumia nam to mówi, i zaciśniętymi kurczowo dłońmi tak, że nie udało się balsamistom w nie włożyć insygniów władzy, i ze swoją amią. Twardziel do końca.

"Stella Snu" Totmesa IV, 1401 p.n.e.

sobota, 26 marca 2016

Śledź zabił rzeźnika.

Przyszedł Świecień, to taki dawniej trzynasty miesiąc był, żeby się zgadzało, kiedy rodzi się Nowe Światło. Wiadomo, odrodzenie się światła i życia, po ciemności i zmarzlinie. Od tej pory rusza z kopyta cała wegetacja. Dzień zaczyna panować nad nocą, życie się rozkręca. Bo to początek roku jest, z pierwszym dniem wiosny, Jaruny. Jare Gody, czyli Wielka Noc Słowiańskiego Nowego Roku wegetacyjnego. Rdzeń jar, wiąże się z krzepkością i surowością, z racji młodego wieku, występuje w imieniu boga Jarowita, czy ruskiego Jaryły, nazwie miesiąca jar. 

Włóczył się Jaryło
Po całym świecie.
Rodził żyto w polu,
Płodził ludziom dziecie.
A gdzież on nogą,
Tam żyto kopą.
A gdzież on na ziarnie,
Tam kłos zakwitnie.

Bardzo wiosenny bóg. Siłą, witalność, płodność. Obecnie na ten czas przypada święto Wielkiejnocy. Dla naszych dziadów było to najważniejsze święto w cyklu rocznym. Nic więc dziwnego, że towarzyszyły mu różne obrzędy magiczne, mające na celu zapewnienie ochrony plonów, wioski, pomyślności w roku czy innych płodności. Dzięki wytężonej pracy od podstaw, księży i zbrojnych ich legionów, część elementów wiosennych obrządków została zasymilowana z nową wiarą, część zaginęła bezpowrotnie lub została wymordowana, choć w drobiazgach była jeszcze obecna na przełomie XIX i XX wieku. Dość energicznie na przykład kościół sobie poczynał zwalczając obrzęd palenia ognisk po wzgórzach i smętarzach-żalnikach, tak zwanych Ogni Gromadnych, Grumadek. I nie lubił Dziadów Wiosennych.

Giuseppe Arcimboldo, Wiosna, 1573.

W celu uwiarygodnienia zmian, należało uroczyście kogoś pogrzebać. Skoro ma być Wiosna, to wybór był oczywisty. Grzebiem Zimę. Chodzi o topienie lub palenie kukły ofiarnej, symbolizującej zimę. Zasada magii sympatycznej, działanie analogiczne powinno wywołać efekt analogiczny. Zniszczymy kukłę zimy, ta się skończy. Sama kukła była rozmiarów naturalnych lub prawie naturalnych, ze słomy, owinięta w białe płótno. Miała wyraźne szczegóły twarzy i lniane włosy. Na głowie cierniową koronę z głogu, albo innego magicznego ciernistego krzewu, jak dzika róża czy tarnina. Krzaki te w obrzędach grzebalnych, miały chronić przed demonami, bogunami zaświatów lub powrotem zmarłego do świata żywych. Uważana jest za boginię starości, zagłady, zapomnienia lub za demona, w ruskich pieśniach występuje jako śmierć. To Marzanna, Mora, Śmiertka albo inaczej jeszcze. Do tego rdzeń mar-/mor-, oznacza śmierć. Łużyczanie, Ślązacy, Słowianie Nadłabscy grzebali postać bogini śmierci  zwanej Smertnicą lub Śmierciuchą. Białorusini i Ukraińcy zaś Kostromę/Kostrubonka, z dwiema twarzami (dwupłciową), z dębową witką w ręku

Będzie co topić, palić, rozrywać...
(?)

. Mimo damskich łaszków posiadała męskie cechy płciowe. Orszak z kukłą miał obejść wszystkie domy we wsi. Towarzyszyły temu śpiewy, naśmiewania z zimy, okrzyki przyzywające wiosnę. Wszystko to przy dźwiękach grzechotek, gęśli, dud, dzwonków, piszczałek, bębnów, trzasku batów, skuduczy (skudučiai), co miały odpędzać demony i złe moce. Ten ostatni to ma być litewski instrument ludowy, takie pojedyncze fleciki jednotonowe, na których gra się w grupie 2 do 7 osób. Bardziej zaawansowana wersja to nasza multanka, czy fletnia pana. Jest ślad, że i u nas na tym grano. Dawniej bo 700-600 p.n.e. Tak datuje się cmentarzysko kultury łużyckiej w Przeczycach. Z tego co znaleziono tam wynika, że się znali na dętych i perkusyjnych instrumentach, i grzechotkach. A w grobie 89, należącym prawdopodobnie do szamana, miał 60 lat, znaleziono kościany instrument muzyczny, który składał się z 9 części. Były one rozrzucone po grobie i nie wiadomo czy to były skuducze czy multanka. Po drodze podtapiano kukłę w każdej kałuży. Następnie wrzucano ją do wody i topiono lub puszczano z prądem - Marzanna, albo rozrywano i palono - Smertnica, Kostroma. Kościół katolicki najpierw chciał się pozbyć pogańskiej kukły, a jak mu to nie wyszło to próbował przejąć obyczaj, w postaci zrzucania kukły Heroda z wieży kościelnej. Ale się nie przyjęło, chyba zbyt to barbarzyńskie było.

Pisanka - grzechotka, ok. 900 lat (IX-XIII w.) Wykonana z gliny, pokryta szkliwem, w środku kamyk.
Na ciemno-zielonym tle, żółte festony. 4,9 cm wysokości, średnica 3,9 cm. 
Znaleziona w 1881 r. podczas wykopalisk prowadzonych przez krakowskiego archeologa Teodora Ziemięckiego,
na grodzisku Pleśnisko, z Podhorzec na Ukrainie. W Krakowie jest jeszcze drugie, znalezione w XXI przy ul św. Krzyża.
Muzeum Archeologiczne w Krakowie.

Teraz dopiero można się było zabrać do przygotowań na powitanie wiosny. Obmywano domostwa, nie z brudu, ze "złego", co to się przez rok nagromadziło, prano, czyszczono - bydlaczki też, nagrzewano banie. Mężczyźni robili męski sprawy, bili bydło i oprawiali - polowali. Kobiety gotowały i piekły, kołacze - korowaje, placki "zwierzęta" (bóstwa i to co miało się w zagrodzie mnożyć), placki "mosty", dla duchów przodków, Dziadów co miel nadejść. Młodzież chodziła po bazie wierzbowe i leszczynowe z pączkami "kotków" albo "bagniątek". Stawiane były one w domu, w jasnym ciepłym miejscu, żeby się rozkiściły. Przynoszono też gałązki brzozy z młodymi listkami, a jak nie było to świerki, albo i całe drzewko, i przybierano je kolorowymi wstążkami, a cały dom gałązkami. Młodzieńcy zaś chwytali się za palmy, a panny za jajka. W sumie to młodzieńcy budowali wiechy / palmy, a panny malowały kraszanki. To nie było to tamto. Trochę umiejętności i sprytu to wymagało od młodzianka. Trzeba takiego badyla po nocy pewnie dziabnąć i samemu z lasu przytargać. Wybrać po ciemku odpowiednie drzewo, sprytnie wyciąć, obrobić i jeszcze sprytniej skonstruować, kilkumetrową konstrukcję, bo później z tym dygać trza dookoła wioski. No i znać odpowiednie symbole magiczne, żeby je na tym umieścić. Upleść szczytowy wieniec z witek brzozowych. A wiadomo im palma większa i czarowniejsza...Tym młodzieniec dojrzalszy do założenia własnej rodziny. Podobnie miały panny. No bo taka kraszanka, to nie wsadzić jajo do gara i ugotować, a później walnąć kalkomanię. Dobrze i umiejętnie zrobiona kraszanka symbolizowała samodzielność gospodyni. Znajomość ziół, do kolorów i umiejętność barwienia, magiczne symbole umieszczane na jajku, elementy solarne nawiązujące do odrodzenia i wieczności, figury geometryczne jako nieskończoność, każde miało inne i służyło do czego innego, znajomość tradycji i symboliki kolorów, czerwień i biel - oddanie czci opiekuńczym duchom domowym, czerń i biel - duchom ziemi, zieleń - odrodzenie i miłość. A co najważniejsze, wykazanie się cierpliwością, delikatnością i sprawnością rąk, co do jajek jest niezbędne.

Rękawka w Krakowie, rys. Pillati, ryt. Hahle.
Tygodnik Ilustrowany 7/19 maja 1860.

Samo święto rozpoczynał Śmigus. Dla wypędzenia "złego" z człowieka okładano się rozkiściałymi baziami. Miało to także dodać sił i witalności. Mężczyznę można było sieknąć dębowymi, bo to symbol męskości i siły, i jak wiadomo im korzeń starszy, tym twardszy. Brzozowe, wierzbowe to damskie kijki. Później jak się obyczaj przeniósł do kościoła, to tak się mówiło przed śmignięciem kogoś, po wyjściu z mszy:

Nie ja biję, rózga bije
Bo za tydzień Wielki Dzień
Za sześć noc - Wielkanoc.

Dla przejęcia sił rozkwitających roślin, należało zjeść bazie z gałązek, a także dla zdrowia duchowego. Jak to pisał Mikołaj Rej: w Kwietną Niedzielę kto bagniątka nie połknął (…) to już dusznego zbawienia nie otrzymał. W podobnym celu dawano bazie zwierzętom w żarciu. Po tym następowało właściwe przywitanie wiosny, któremu towarzyszył pochód. Na jego czele szedł młodzieniec, przebrany za kobietę, w białej szacie, przystrojony kwiatami, na białym koniu, jak ruski Jaryła czy król na koniu w Rękawce krakowskiej. Mógł być prowadzony przez żerców, ukrytych za zwierzęcymi maskami.W wersjach regionalnych może być para, chłopiec i dziewczyna, na Podlasiu, w maskach zoomorficznych, albo drewniana figura z wyraźnymi cechami płciowymi jak wielkopolska Królewna. Dalej następował przystrojony zielonymi gałązkami zaprzęg wołów, biały i czarny, z radłem lub pługiem, powożony przez bliźniaków, który oborywał wioskę. Oboranie wioski miało ją zamknąć przed złymi duchami, na czas święta i na cały rok. Na Rusi, przed wojną był podobny zwyczaj, dwie baby wychodziły z jednego domu, w dwie strony, jedna z kluczem, druga z kłódką. Spotykały się gdzieś na polach, zamykały kłódkę i zakopywały ją. Następnie szli młodzieńcy z wiechami, panny w brzozowych wiankach z kobiałkami w których były kraszanki. Dalej cała wieś z korowajami i muzykantami przygrywającymi na dudach, gęślach, multankach. I bębnili, i grzechotali i z batów strzelali. Tak trochę jak Indianie na deszcz, tylko że tamci dymili a nasi hałasowali. Jak popadało to dobrze. W trakcie pochodu odgrywano zaloty, płodzenie, brzemienność i poród, jak w przyrodzie. Pochód kończono na świętym wzgórzu, gdzie rozpalano ognisko i rozpoczynano "igrzyska" z konsumpcją. Co region to inne gry, i tak krakowska Rękawka, ma wspinanie się na słupy, na Śląsku Rochwist - biegi, przegrany zostaje błaznem króla i koniec w gospodzie, Wołowe Wesele na Podlasiu - zapasy i pędzenie wołu a koniec w karczmie, Król pasterzy na Kujawach, gdzie ostatni miast do knajpy, to na polu bydlaczki pilnował. Były też różne walki orężne, na przykład na kije i bez orężne, na pięści. Współcześnie tylko Rękawka odbywa się w cyklu wielkanocnym, pozostałe to okres zielonych świątek, które swoją drogą mają słowiański rodowód w święcie wiosny, a może w Stadzie, podczas którego też odbywały się "igrzyska". I mało to trwać dwa dni, a na Rusi to na całego i mieli tam rusałczy tydzień. Albo takie zapasy, na święto Peruna, a to już w lipcu, na Ukrainie. A w sumie to im więcej czytam, tym bardziej mi się miesza ;) Panie miały swój konkurs kraszanek, kiedy je oceniano, toczono po ziemi i z górki, na koniec zderzano, rozbijano o siebie. Wygrywała ta, która przetrwała. Kołacze też toczono. Taka dzisiejsza Rękawka.

Opis Rękawki.
Tygodnik Ilustrowany 7/19 maja 1860.

Po tym następował czas uczty, którą rozpoczynano od podzielenia się jajkiem, z kraszanek. Jajko nie tylko u Słowian miało wielkie znaczenie, ale nie czas i miejsce na to, i można je było tylko ręką podawać. Było jeszcze tak do XIX wieku. I bardzo słusznie, w rękę i do buzi. Nie wbiję widelca w jajko...Wieczorem uczta się kończyła. Następny dzień rozpoczynał się od obmycia w świętej wodzie, którą zaczerpnięto ze świętego źródła. Miało to na celu oczyszczenie i dodanie sił. A polewano się obficie. A czemu to dzisiaj dyngus polewa? Pomieszało się z czasem w jedno, poranne polewanie się wodą, z dyngowaniem, od dyngus, co po naszemu to włóczebny, a chodziło o odwiedzanie rodziny i znajomych i poczęstunek, bo jak nie to będzie źle. Nieznajomego gospodarz też ugościł i głodnego nie puścił. Ewentualnie niem. dingen, żeby się jajem od polania wykupić, lub datkiem. Gloger dostrzegł podobieństwo do niemieckiego słowa dünguuss - kałamarz, chlust wody. Ksiądz Jędrzej Kitowicz w pamiętnikach ma za jedno oba, pochodzących z epoki saskiej: Lud wiejski, dosyć wiernie trzymający się obyczaju starego, pocieszny wyprawia dyngus alias śmigus, a mianowicie koło studzien. Parobcy od rana gromadzą się, czatując na dziewki, idące czerpać wodę i tam, porwawszy między siebie jedną, leją na nią wodę wiadrami, albo zanurzają ją w stawie, a niekiedy w przerębli, jeżeli lód jeszcze trzyma. W miastach oblewanie się wodą nie jest powszechnie przyjętym.

Dziady śmigustne, Muzeum Etnograficzne w Krakowie.
(Fot. ?)
Kościół to zawsze problem miał. To z ustaw synodu diecezji poznańskiej z 1420 roku pt. "Dingus prohibetur", przestrzegających przed praktykami, mającymi niechybnie grzeszny podtekst: Zabraniajcie, aby w drugie i trzecie święto wielkanocne mężczyźni kobiet a kobiety mężczyzn nie ważyli się napastować o jaja i inne podarunki, co pospolicie się nazywa dyngować (...), ani do wody ciągnąć, bo swawole i dręczenia takie nie odbywają się bez grzechu śmiertelnego i obrazy imienia Boskiego. A jak to pisał Benedykt Chmielowski w swej encyklopedii Nowe Ateny, zwyczaj polewania się wodą na ziemi polskiej pochodzi z czasów Wandy i powstał gdy Damy jej Froncymeru za Panią żałując wodą się polewały co rok. Wydatował śmierć Wandy na ok 750 rok n.e. A sam Władysław Jagiełło po kąpieli w beczce okładał swoje ciało wierzbowymi rózgami. Kilka wieków wcześniej wobec braku beczek czy balii taki zwyczaj, kościół uważał kąpiel za wstęp do grzechu, i tu mógł mieć rację, bo nie fajnie łapsnąć za brudną dupę, mógł być praktykowany zbiorowo w rzece. To jeszcze fajniej. Nejstarší zmínka o pomlázce pochází ze 14.století, z pamětí pražského kazatele Konráda Waldhausera, který popsal pomlázku ve velikonočním kázání: „…manželé a milenci šlehají se metlami a tepají rukou v pondělí a úterý velikonoční. Ospalé a lenivé časně z rána v pondělí velikonoční házejí do vody nebo alespoň je polévají…“, tak napisali tu ;) ceske-tradice.


Wielkanocne porządki, Przygody kota Filemona.


A na pożegnanie postu, na koniec którego najczęściej to się żur jadło, i pod koniec to już mało go kto lubił. Między czwartkiem a sobotą, różnie to było, odbywało się chowanie lub wybijanie żuru. Panowie oblewali takim drzwi gdzie ich nie wpuszczono w czasie kolędowania zapustnego, albo tam gdzie mieszkały dziewczyny. Różnie to się nazywa pogrzeb żuru, chowaniem żuru bądź śledzia. Przy czym śledzia to przybijało się do deski, i obnosiło po wsi ze śpiewem. Później zakopywało w ziemi lub wieszało na gałęzi. Gar z zupą też zakopywano lub tłuczono.

Śledź zabił rzeźnika…
Świt, świt… będzie mięsko!
Baba spadła! Się zabiła
- I mięska się nie najadła.

Z grobami, poza odwiedzaniem, to późniejszym czasem łączyło się wystawianie wart honorowych. Miały one barwne, malownicze i egzotycznie wyglądające mundury. Zwano ich Turkami lub Turkami wielkanocnymi. Ponoć wywodzą się od J. III S. Turcy ci, nie tylko stali, ale też uczestniczyli w procesjach rezurekcyjnych. Procesje władcy, książąt, czy szaraków łączyła tradycja, strzelania. Tylko, że u króla czy jakiego magnata to walono z armat. Właśnie. A w biednej parafii...Tu Turkami często byli parobkowie, co to nieobyci z bronią, to potrafili wypalić w najmniej odpowiednim momencie, strasząc wiernych. Stąd wyśmiewające określenie: strzelają jak na rezurekcję, które cytuje Kitowicz.

czwartek, 25 lutego 2016

Potężny kot, nieobliczalny kruk.

W kraju gdzie koty czczono i uwielbiano, to tu, były one także wykorzystywane w obliczeniach. Dowód tego znajduje się na papirusie Rhinda. Jest to najstarszy znany dokument matematyczny i największy, w sensie merytorycznie i fizycznie (5m / 0.33m), datowany na  około 1650 p.n.e., to jest Drugi Okres Przejściowy. Sporządził go skryba Ahmes, z oryginału, który powstał za rządów Amenemhata III z XII dynastii, panował 1853-06 p.n.e. Znaleziono go podczas nielegalnych wykopalisk w Ramesseum lub jego okolicach, a w 1858 zakupił go w Luksorze, właśnie Rhind, adwokat i amator egiptolog, który tam przypadkiem się leczył  z tuberkulozy. W dodatku prawnik, i Szkot.

Fragment mnie interesujący. Chyba.
Papirus Rhinda.

Dokument zawiera 85 zadań matematycznych z arytmetyki i geometrii. Z papirusu tego wynika, że umieli się oni posługiwać ułamkami, przy czym wszystkie miały identyczny licznik, 1. Wyjątkiem był ułamek 2/3 ;). Nie wiem czy to łatwiej było, na pewno trudniej kupić było 3/4, ale ponoć ten system trwał w Europie do XVIII wieku. Dobrze, że nie wiedziałem o tym dokumencie wcześniej, bo wiedza w nim zawarta mogłaby nadszarpnąć mój spokój wewnętrzny. Otóż obliczali oni pole koła sposobem, według którego pole koła jest równe polu kwadratu, którego bok równa się 8/9 długości średnicy. Włala! I kiedy większość zadań ma raczej praktyczne zastosowanie, to jest też takie jedno inne. Praktyczne o tyle, o ile łamie głowę.

To o kotach. Pismo hieratyczne.

Jest 7 domów, w których jest po 7 kotów, które zjadły po 7 myszy, które zjadły po 7 ziaren orkiszu, z których wyrosłoby po 7 hekatów. Ile będzie wszystkiego. Phi...Mamy ciąg geometryczny, w którym następny wyraz powstaje z pomnożenia poprzedniego wyrazu przez stałą liczbę, tutaj 7. Jest 7 razy więcej kotów niż domów, 7 razy więcej myszy niż kotów, 7 razy więcej ziaren orkiszu niż myszy i 7 razy więcej hekatów niż ziaren orkiszu.

To samo, ale hieroglifami.
Czytać od prawej.

Angole też do tego doszli, choć zajęło im to trochę więcej czasu. Ogarnęli to w XVIII wieku, w taki oto sposób:

Kiedy zmierzałem do St Ives,
Spotkałem człeka, co miał siedem żon,
A każda żona miała siedem worków,
A w każdym worku było siedem kotów,
A każdy kot miał siedem kociąt.
Kocięta, koty, worki, żony,
Ile ich zmierzało do St Ives?

As I was going to St. Ives,
I met a man with seven wives,
Each wife had seven sacks,
Each sack had seven cats,
Each cat had seven kits:
Kits, cats, sacks, and wives,
How many were there going to St. Ives?

Najstarsza wzmianka o rymowance, pochodzi z rękopisu datowanego około 1730 A.D., z drobną różnicą. Wcześniej spotkany pan miał dziewięć żon. W kolejnych latach stracił dwie, i ta wersja była opublikowana w 1825 roku. Czemu St Ives? No bo w jednym, tym w Kornwalii, naprawdę duży przerób mieli w rybach, bo to port był. No to miel do tego dużo kotów, które polowały na myszy i szczury, których też mieli dużo i które niszczyły szpej wędkarski. Może być też drugie St Ives, w Cambridgeshire, gdzie dla odmiany był kiedyś targ, w średniowieczu nawet jeden z największych w Anglii. No to jak targ, wielki, to i wielkie szczury, no to i wiele pewnie kotów. Jak zwykle nic nie wiadomo.

Teraz to wygląda przejrzyście,
ale w praktyce już gorzej.

Tak dla ściemnienia to ćma do XV wieku oznaczała legjon 6666, albo 10000. Bruckner tak pisze. No, o motylu też wspomniał. Niestety nasi przodkowie nie ogarniali powyżej tysiąca, a 10k było dla nich abstrakcją tak wielką, że stąd ta ćma,  i nie tylko jako 10k, ale też jako ogromna ilość. Dobrze to ilustruje określenie myriady gwiazd, gdzie myria (to z greckiego), oznaczała 10000, ale też i każdą niepoliczalną ilość. U naszych wschodnich sąsiadów, którzy posługiwali się dziesiętną numeracją alfabetyczną, przy czym nad literą/liczbą stawiano specjalny znak tytło, który stawiany nad pierwszą literą ciągu, markował ów ciąg jako zapis liczby, w XVII wieku pojawił się system zwany wielką liczba słowiańską, co pozwoliło na zapis wielkich liczb. Był jeszcze tysiącznik, taki znaczek, że tysiaki idą. Nazwa nawiązuje do wykonywania obliczeń na wielkich liczbach ;) Tu już przeskoczono problem niepoliczalnych ilości, ćma zaś równa się milionowi. Pojawiły się kolejne określenia, na kolejne liczby: legion, leodr, kłoda (kołoda), czy połączenia ćma ciem, leodr leodrów. W rękopisach spotyka się jeszcze określenie kłoda, na oznaczenie dziesięciu kruków (woron, wran), z komentarzem, że "od oney liczby nie masz więtszey" i że "ponad oną nie sposób poymować".

ćma = 10^6 (milion)
ćma ciem = legion = 10^12 (bilion)
legion legionów = leodr = 10^24 (kwadrylion)
leodr leodrów = kruk (woron) = 10^48 (oktylion)
kłoda (kołoda) = 10 kruków = 10^49 (10 oktylionów)

Nie będę pisał ile było tego wszystkiego. To za dużo dla mnie.


piątek, 6 listopada 2015

"Na żabę" i "na jeźdźca".

Kopiec Kwacała, ponad 2,5 metra wysoki, o podstawie owalnej 12 na 16 metrów. Położony między Złotą i Milczanami. Z kopcem Kwacała lub Chwacała, związane są różne tradycje i legendy sięgające średniowiecza i czasów pogańskich. Według jednej z nich, kopiec został usypany nad mogiłą Kwacały, dowódcy rycerstwa polskiego, zabitego przez Tatarów w czasie najazdu na Sandomierz w 1260, inna zaś głosi, że kopiec jest mogiłą najeźdźców poległych właśnie z ręki Kwacały. Zaliczany bywa do kopców wiciowych, na których palono ognie wzywające na wiece, bądź ostrzegające o najeździe. Jako, że mogiła, to i musi mieś magiczne właściwości. A stara mogiła. Wierzono kiedyś, że kto w poście ,o północy, sam wejdzie nago na szczyt kurhanu, wróci odziany. Za to gdy w noc świętojańską, pod kurhanem zjawią się narzeczeni, to dostaną w darze obrączki ślubne lub pierścienie zaręczynowe. Ciężej mieli mężczyźni, na wiosnę, przed pierwszymi siewami. Zbierali się oni z okolicznych wiosek pod kurhanem. Dzielili na dwie grupy. Jedna miała bronić kurhanu, druga zdobywać go. W ten oto sposób dochodziło do bójki. Krew która się polała, bo nie wolno było oszukiwać, miała użyźnić ziemię i zapewnić lepsze plony. Starożytny ten obrządek jest kultywowany z całą pieczołowitością do dziś.

Żywiciele...  (?)

Jak wspomniałem kopiec jest stary. Prawdopodobnie jest pozostałością neolitycznego grobowca kultury pucharów lejkowatych. W pobliżu kopca i pod samym kopcem odkryto kilkadziesiąt obiektów. Pozostałości osad należące do kultur ceramiki wstęgowej rytej, malickiej i mierzanowickiej, oraz cmentarzyska kultury ceramiki sznurowej, mierzanowickiej i kultury złockiej. Ze znalezisk to tak wygląda. Sznury reprezentowane były przez grociki i wiór czekoladowy, toporek kamienny, dwie siekiery czworościenne z krzemienia świeciechowskiego, palenisko zagłębione w ziemi, bez jakichkolwiek konstrukcji kamiennych, groby wyorane jak i zachowane w dobrym stanie. W jednym były dwa młode szkielety kobiece, jedna leżała na plecach, druga na lewym boku, obie miały silnie podkurczone nogi. K. złocka to jamy zasobowe, w których na dnie znaleziono skupisko kości zwierzęcych,  i dwa groby, to znaczy oddzielnie, nie w piwnicy. Pierwszy ze szkieletem rozczłonkowanym, ułożonym na bruczku kamiennym z dwoma wiórami i  miedzianym retuszerem. Drugi, rzadki w Polsce, grób szybowy. Szkielet był skurczony, na lewym boku, na kamieniach przysypanych lessem, w ponad 2-metrowej jamie, z pionowymi ścianami na planie koła, Dno i ściany były wypalone. Efekt rytualnego oczyszczania ogniem. Ten miał ze sobą dwa naczynia, misę i pucharek, które były zdobione ornamentem z linii falistych i  poziomych, wykonanych za pomocą odcisków sznurka i stempelków. Wstęgowa ryta i malicka to fragmenty ceramiki i nieliczne wyroby krzemienne z czekolady.

Żabi pan (fot. M. Florek).



Trochę szczegółów (rys. M. Florek).

Najciekawszy obiekt należy do kultury mierzanowickiej. Jest to grób ze szkieletem mężczyzny ułożonym "na żabę", na plecach, z rękoma zgiętymi w łokciach i dłońmi złożonymi na piersi, z podkurczonymi nogami i kolanami skierowanymi na zewnątrz. Taka pozycja kończyn dolnych może być wynikiem złożenia w pozycji z wysoko podkurczonymi nogami, kolanami do góry, po czym w trakcie rozkładu, kości się rozeszły na boki lub intencjonalnego złożenia zmarłego w tej pozycji podczas pochówku. Jest jeszcze możliwość taka, że wykopano za mały grób albo to nie był jego dołek. Do tego dochodzi bogate wyposażenie i mamy szyszkę jakiegoś, może przywódcę plemienia albo naczelnika rodu. Rozmieszczenie zabytków w grobie wskazuje, że został pochowany w stroju paradnym. Trzy miedziane tarczki, znalezione koło głowy, na piersi i w zgięciu prawego kolana, spinały całun, w który był zawinięty. Ubranie zmarłego było spięte na piersi szpilą kościaną, poniżej której znaleziono 27 paciorków z rogu jelenia. Głowę zdobiły zausznice miedziane w kształcie wierzbowego liścia, umieszczone parami na skroniach. Pod czaszką na wysokości karku, znajdował się miedziany pierścień w kształcie liścia miłorzębu, zapewne spinający kiedyś włosy.  


Szable dzika (źródło).

O wysokiej pozycji zmarłego świadczył napierśnik składający się z trzech par ponad 20-centymetrowej długości szabli dzika, które były spięte sznurami z nanizanymi paciorkami z muszli małży, wiązanymi na plecach. Pod czaszką, w okolicach ramion, szyi i na piersiach znaleziono 1700 paciorków, których układ wskazuje, że tworzyły przynajmniej trzy sznury. Między prawym łokciem a talerzem miednicy znajdował się kubek z taśmowym uchem zdobiony odciskiem sznura. Przy lewej kości udowej znajduje się skupisko 40 zawieszek z zębów zwierzęcych, psich lub wilczych, w śród nich była krótka szpila kościana z profilowaną główką i drapacz krzemienny. To był worek co mu się dyndał do kolan. Do tego przy mostku znajdowały się cztery paciorki segmentowe z fajansu i cztery grociki o wciętej podstawie z czekolady, na wysokości czaszki po lewo, po niżej prawego talerza miednicy i dwa przy lewym udzie.


Pierścień w kształcie liścia miłorzębu spinający włosy zmarłego.

Groby "na żabę" występują bardzo rzadko w schyłkowym neolicie i wczesnym brązie na ziemiach polskich. Dotychczas odkryto sześć, z czego dwa związane są z kulturą ceramiki sznurowej (Żuków), jeden z kulturą złocką (Złota, "Nad Wawrem"), jeden z kulturą pucharów dzwonowatych (Samborzec), dwa z kulturą mierzanowicką (Złota, Szarbia).  Ale ten z Szarbii został opisany przez panią (B. Baczyńska) i ona go wsadziła na konia, grób mężczyzny złożonego na plecach ze zgiętymi i rozrzuconymi nogami w pozycji "na jeźdźca".

Szpile kościane, z ukośnym otworem i profilowaną główką.

Grociki sercowate, z wciętą podstawą, krzemień czekoladowy.

Paciorki z muszli małży i naczynie gliniane.

Tarczki miedziane z otworkami, dwie są zdobione wytłaczanymi guzkami.

Zausznice miedziane w kształcie wierzbowego liścia.








wtorek, 15 września 2015

Homo erectus.

Jako, że uległem pewnym nadużyciom podczas pisania, i za szybko dokończyłem nie to co potrzeba, wyszło jak wyszło, i dokańczam teraz to, czego nie dokończyłem uprzednio.

Myślę...Więc jestem pijany. Inaczej jestem jak pusty pelikan. I tak sobie właśnie wymyśliłem, że to bardzo pięknie, że kobiety emancypowały i w końcu nastąpiła zamiana ról. W zasadzie to lubię się zajmować domem, sprzątać, gotować i to wszystko co trzeba zrobić, żeby na łikend był jeszcze większy burdel do posprzątania dla niej. Tak właśnie. Nie muszę zapraszać do kina czy teatru, na dancing i do kawiarni. Kwiatów kupować też, bo sam się ich spodziewam. Może nie od razu wieńca, ale mały gwoździk do trumny, czemu nie. Wszak jestem kurem domowym, literalnie. Dzieci też, jak będzie trzeba, wyprowadzę. Kiedyś miałem psa, wiem jak to się robi. I nikt mi nie powie, że pieniędzy do domu nie przynoszę, bo to nie moja działka będzie. I zastanawiam się czasem, czy trochę nie zniewieściałem...Bo kiedyś facet dbał, zapraszał, starał się, a teraz to robi kobieta...Ale chyba nie. Wszak miło kiedy kobieta wyciąga na loda...

(?).

Nie mieli pewnie takich zgryzot nasi przodkowie. Pewnie co innego ich gryzło. Mężczyźni zastanawiali się co będzie na obiad i starali się jednocześnie tym obiadem nie stać, kobiety może rozmyślały jakie futro będzie modne w obecnym sezonie. Choć przy objętości mózgu ok 500 cm³, myśli te mogły być bardzo ulotne. Przy pewnych założeniach można stwierdzić, że wykazywali zdolności kognitywne i pewne złożone zachowania, na przykład w stosunku do martwych członków. Tylko z tak malutkim mózgiem, jak u goryla, to trochę podejrzane. Jednakże wiadomo, że nie w wielkości diabeł się ukrywa. Tak. Chodzi o naszego praszczura, który bardziej zbliża nas do małpy niż do boga. Homo naledi. Został on odkryty przez zespół pod kierownictwem Lee R. Bergera, w październiku 2013 roku, w Afryce Południowej, w jaskini Rising Star, w dość trudno dostępnej komorze Dinaledi. 50 kilometrów od Johannesburga. Do eksploracji jaskini powołano specjalny zespół samych babeczek, o drobnej budowie ciała, że się niby lepiej wcisną. Wszędzie się wciskają;).

Przekrój komory Dinaledi ,Paul H. G. M. Dirks (eLife).

Znalezione i wydobyte kości należą do 15 osobników, mężczyzn, kobiet i dzieci, sama kolekcja zaś liczy 1550 fragmentów. Miejsce znalezienia sugeruje, że mogły to być pochówki. Czyli nasz małogłowy przodek przejawiał zachowania rytualne. A żyjąc 2-2,5 mln. lat temu, robiłby to najwcześniej. Najdawniejsze intencjonalne pochówki są o wiele młodsze, jakieś 200 tysięcy lat temu. Jakie miejsce na naszym drzewie zajmie H. naledi, do końca nie wiadomo. Trzeba poczekać na datowanie. Budowa szkieletu najbardziej jest zbliżona do habilisa, erectusa, i rudolfensisa. Wzrost 150 cm, waga ok 45 kilogramów, zgryz prosty. Budowa tułowia i miednicy wykazuje podobieństwo do australopiteków, dokładnie do Lucy. Kończyny przednie dobrze przystosowane do wspinania, czaszka też porównywalna z australopitekiem(500 cm³), znaczy się prymitywna. H. habilis uważany dotychczas za najwcześniejszego  przedstawiciela naszego miał 600 cm³ pojemności. Kończyny dolne bardzo zaawansowane ewolucyjnie, przystosowanie do chodzenia.
Taka małpa na ludzkim podwoziu.

Przodek, zdjęcie John Hawks (bbc).

sobota, 12 września 2015

Udka Mnicha kręcące nuklearną zagładę żab.

Ponoć cała historia zaczęła się w wieku XII. Wtedy to władze kościoła miały się zorientować, że ich barankowie robią się coraz grubsi. Walcząc z narastającym zjawiskiem, zakazano braciszkom spożywać mięso. Ci ostatni będąc nie w ciemię bici, zrobili drobne obejście faktów. Pewnie casus ten wykorzystuje KE, jak w przypadku ślimaka, który stał się rybą lądową na życzenie Francuzów. Znowu. Wiadomo, dopłaty do hodowli jak do rybołówstwa. O innych zamianach nie ma co wspominać. Chodzi o wyciągnięcie korzyści, obecnie, jak i w średniowieczu. Otóż, braciszkowie ujrzawszy widmo głodu, przekwalifikowali żaby na pewien rodzaj ryby. Po tym zabiegu stwierdzili, że od ryb postu nie muszą zachowywać. A plebsy poszły za pasterzami i skoro oni mogą  to my też. Tak to Francuzi zostali żabojadami.

S. Gross (CN Colletion).

W całości towarzystwo się tak rozsmakowało w żabinie, że od 1980 we Francji obowiązuje zakaz ich zbierania w celach konsumpcyjno-komercyjnych. Gatunek zagrożony pożarciem. 4000 ton udek rocznie ponoć. Tak pod nóż zaczęły trafiać żabki z importu, w dużej ilości. Nie może się obyć rzecz jasna bez czarnego rynku żab własnych, bo wszak co nie francuskie, to nie warto na język brać. Do koneserów zaliczają się mieszkańcy Beneluksu, mieszkańcy Ameryki Południowej, paru krajów azjatyckich i USA. W tym ostatnim, to tak się posmakowali, że mają "Frog Capital Of The World", Rayne w Luizianie. Tylko, że w Rayne to zaczęło się pod koniec XIX wieku, około 1880 roku. Wtedy to pewien szef kuchni, Donat Pucheu, zaczął sprzedawać soczyste i smaczne części bullfrogów, żab ryczących aka żab byczych, do restauracji w Nowym Orleanie. Specjał lotem błyskawicy rozszedł się po kontynencie, przy wydatnym udziale braci Weill, Edmonda, Gontrana i Jacquesa, francuskich emigrantów przybyłych z Paryża w 1901 roku. Sukces braci wywindował Rayne na mapę jako Żabią stolicę świata.

Żaba rycząca (Żaba byk) na przekąsce,
1min. 40sek. higiena paszczy;).

Około 4.5 tysiąca kilogramów żabich udek tygodniowo, nawet przy ich rozmiarach, musiało zrobić swoje.
W 1946 Rayne dostało dodatkowego impulsu, kiedy to organizatorzy Festiwalu Ryżu zachęcili  Rayne do zorganizowania pierwszych Żabich Derbów. Udział w zawodach był zarezerwowany dla najpiękniejszych żabć, to jest najpiękniejszych kobiet w mieście przebranych za żaby. Miały one w tych strojach kicać po ulicy...;) Zresztą kicają do dzisiaj, Rayne Frog Festival, a miasto już nie wysyła żabek na wycieczki w jedną stronę. Słynie z żabich murali, czy malowideł wykonanych na drzewie lub gdzie się da. Tu druga nazwa się kłania: "Louisiana City of Murals". No i festiwalu.

Murale z "Frog City" (fot. Amy Snyder).

Ciekawe jakby się braciszkowie na takiego bullfroga zapatrywali. Normalnie to waży ok 180 gramów i ma około 15 cm. długości. Dojrzałe mogą ważyć około 0.5 kilo, a są i takie co to mierzą 20 centymetrów i ważą 0.8 kg. To dopiero ryba. I sama może do kuchni przyjść. No i smaczniejsza musi być, bo ma dietę bogatszą, pajomki, skorpiony, myszy czy ptaki, a nie same owady z muchami co to siadają na czym wiadomo, czasem glista. Inna sprawa z tym żabim jedzeniem, to tak ogólnie już gdybam, bo podczas przełykania zapadają się im gałki oczne w oczodoły, dzięki czemu popychają nimi pokarm do przełyku. Po to mają takie wypukłe, żeby było co wepchnąć, inaczej by miały podniebienie wtórne i świńskie oczka. Stąd powiedzenie, że żaba połyka oczami.

Senator John F. Kennedy z żoną Jackie na The Rice Festival,
Crowley, Louisiana. Pazdziernik 1959.
Reggie Family Archives.

Dziwnym zbiegiem okoliczności na Festiwalu ryżowym, który pomógł rozkręcić się żabiej stolicy, w roku 1959, był nie kto inny jak sam senator J.F.K. z małżonką. To było w Crowley, które się nazywa też "Rice Capital of America". Tu już sprawy się komplikują. Nie wiem co, ale coś poszło tam nie tak. O ile ryż senator mógł polubić, przynajmniej oficjalnie, to z żabami mu nie wyszło. I już trzy lata później, w październiku 1962 roku, mało się nimi nie udławił. A to za sprawą Fidela, miłośnika skręcanych liści, który to przy udziale braci w wierze, razem z Chruszczowem, ukręcił sobie na wyspie nuklearne cygara, Free Rocket Over Ground - FROG, w oryginale 2K6 Luna.

FROG-2K6 Luna (jfk14thday).

Cała historia znajduje swój finał bardzo niespodziewanie, a może nie, w Anglii. No bo tak. Zaczęło się we Francji od głodnych braciszków, później żydowscy emigranci zabrali nogi do USA, tu się rozpleniła ich konsumpcja po całym kontynencie. W Crowley była świątynia Masonów, a na początku XX wieku N. Michnik został tam pierwszym rabinem. Po I wojnie światowej było tam 50% ludności żydowskiej. Angole i Francuzi stracili tereny w Ameryce Północnej, trochę wcześniej, ale chodzi o fakt. Sovieci przywieźli swoje FROG-i na Kubę w '62, bo w '59 USA swoje rakiety umieściło między innymi w Turcji i...Anglii. Wszystko to po to, żeby udowodnić, że żabie udka, czy może nawet konsumpcja żab w całości, to nie jest zasługa Francuzów. Wszak już ok 8000 tysięcy lat temu (datowanie znalezisk 6250-7596 r p.n.e.), właśnie w Anglii, zajadano się żabami, pstrągiem i łososiem, przy współudziale tura. Taką dietę mieli mieszkańcy osady niedaleko Stonehenge. Jak to powiedział David Jacques, z Uniwersytetu Backingam: Wydaje się, że tysiące lat temu ludzie z tego stanowiska mieli menu w stylu Hestona Blumenthala, w którym daniem głównym były udka ropuchy, tury, dziczyzna i jelenie szlachetne z orzechami laskowymi. Innym wariantem zaś był łosoś i pstrąg z jarzynami. Dodaje: To ważne dla zrozumienia stylu życia ludzi mieszkających tu około 5 tysięcy lat przed wybudowaniem Stonhenge i nasuwa się pytanie, gdzie są teraz żaby? [Frogs legs found at Mesolithic dig]. Francuzi też mają kłopoty z populacją płazów restauracyjnych. Jak tak dalej pójdzie, to nie będzie potrzeba broni atomowej do wykończenia dawców przysmaków. A na żabciach to na pewno się nie skończy...