Gdy na stole ciekawy triumf humanizmu, butelka niemieckiego sznapsa i gar samogonu a także dzban domowego piwa, dobrze sobie te nauki przełożyć na praktykę.
- Dawno, dawno temu na świecie żyły pradawne koty. Były one dużo większe niż my teraz. Tak jak my łowimy myszki lub wróbelki tak one polowały na zwierzęta wielkości krowy czy konia. Ich zęby były białe, wielkie i ostre. Największy z nich był królem wszystkich kotów i jednocześnie władcą wszystkich zwierząt. Gdy chciał coś obwieścić i zwołać spotkanie swego królestwa to wchodził na górę i ryczał tak głośno, że głazy kruszyły się i gałęzie spadały z drzew. (bajki-zasypiajki)
Jak skończyłem robić zdjęcie (to właśnie), musiałem się rozciśnieniować, bynajmniej nie seksualnie. W trakcie, ale już pod koniec, zjawiło się dwóch panów policjantów. Podeszli, cicho jak śmierć, i się zapytali co robię...?! A co ja mogłem odpowiedzieć w sytuacji jednoznacznej?! Powiedziałem, że ratuję zieleń miejską...! Ale...Tu konsternacja. Sika pan na mur. I tak spryciarz rozkminił podlewanie. Ja na to, że nie jestem chamem i sikać na chodnik nie będę. A, że tu mam koryto wyschniętej rzeki, pokazuję na pęknięty beton, nie używałem terminów (po co zaogniać sytuację), to lutuję do źródła, a stąd już samo popłynie do oazy. On: Hmmm...A nie lepiej foczki na plaży smarować? Muszę przyznać, że w tym momencie rozmarzyłem się. Dobry jest. Ja coś dalej o pustyniach i biednych roślinkach...On chrumczy...To ja nagle, że jak psy sobie jaja liżą na ulicy i publicznie dupy wąchają to jest dobrze...Na takie dictum acerbum się tylko zmarszczył i zapytał czy jestem pijany? Powiedziałem, że nie. On, dobrze. 200!
Książkę Carrolla każdy zna, film Burtona pewnie też, jak i resztę wersji przygód A. Nie ma co truć.
Chociaż Kot nie jest głównym bohaterem, zapada w pamięć. Inni bohaterowie też co prawda zapadają w pamięć, i zasadniczo cała książka zapada w pamięć…Hmm. Ale Kot inaczej zapada w pamięć i można by rzec, że jest swoistą wizytówką tej historii. I dzieje się tak raptem po paru scenach z wyżej wymienionym.
W chwili kiedy A. pyta się Kota o drogę, którędy powinna pójść.
K: Zależy dokąd pragnęłabyś zajść.
A: Właściwie wszystko mi jedno.
K: W takim razie wszystko jedno, którędy pójdziesz.
Kiedy wyprowadza z równowagi kata, który nie może czynić swej powinności…Gdyż tylko głowa Kota jest i jak ją oddzielić od…A ten problem doprowadza do kłótni królowej z królem i katem. Wszystko to z powodu nie okazania szacunku królowi. No i scena w której Kot tłumaczy A., że jest obłąkany. Tłumaczy to na przykładzie psa. Po pierwsze pies nie jest obłąkany. Kiedy warczy jest zły, jak macha ogonem jest zadowolony. Tak?. Tak. Otóż ja normalnie warczę (mruczę) jak jestem zadowolony, i macham ogonem jak jestem zły. I dlatego jestem obłąkany. Do tego, kiedy A. jest w rozmowach z innymi pouczana, karcona, łapana za słówka, o tyle Kot z nią kulturalnie rozmawia. Wykazuje się odmiennością i niezależnością. Trochę tak anarchistycznie. Zresztą jedną awanturę na szczeblu władzy wywołał. Można stwierdzić, że Kot świetnie się wpisuje w rolę jungerowskiego Anarchy. Duchowego arystokraty, kroczącego swoimi ścieżkami, niedbającego o maluczkich ani o tych wielkich.
"Anarcha nie chce nikogo przekonywać, nie chce nikogo prowadzić ani porywać do walki... Anarcha jest samotnikiem, jest samotnym myśliwym wędrującym po bezdrożach chaosu, Anarcha to samotny wilk - nie potrzebuje wyznawców, obca jest mu i wstrętna mentalność stada. Anarcha nie chce niczego ulepszać ani tworzyć nowych światów. Dla Anarchy wartość ma tylko jego bunt - bunt będący wyrazem jego najgłębszej istoty, Anarcha pragnie tylko niszczyć murszejący porządek rzeczy, pragnie przyspieszyć procesy upadku, chce aby ostateczna pożoga ogarnęła świat, by wreszcie ponad zgliszczami mógł powiać mroźny podmuch Nieznanego...". Ernst Jünger.
Tylko że Kot nie sprawia wrażenia buntownika przeciwko wszystkiemu. Jest raczej indywidualistą który nie kryje dystansu do zafajdanego świata. I raczej nie chce go podpalać, co wtedy z fotelami, które tak lubi? I o ile psa można by porównać do "rojalisty" epoki Ładu, jako wiernego i niezmordowanego sługę, o tyle Kot może być przedstawicielem rewolucyjnego konserwatysty, epoki Ruin…
"Przez te rozmowy o spiskach i gładzeniu, straciłem ochotę na herbatkę. Niech wszystko wokół się pali, wali. Najważniejsza herbatka dla kotka. Tamten incydent to nie była moja wina."
Don Hong-Oai (單雄威), urodził się w 1929 roku, w mieście Guangzhou, prowincja ta sama. Chiny. Jego dzieciństwo, nie koniecznie lekkie, przerwała śmierć rodziców.
Playing With Hoops, Vietnam, 1972.
A, że było ich tam dwa tuziny rodzeństwa i innych pociotków, jako najmłodszy w tym gronie, szanse miał raczej niewielkie na świetlaną przyszłość. I tak w wieku siedmiu lat wyjechał do Sajgonu.
Drying Cloth, Vietnam.
Na miejscu wkręcił się do pracy w studio fotograficznym, prowadzonym przez innych emigrantów z Chin. Tu się nauczył podstaw fotografii. I co najważniejsze, zakochał się w fotografii krajobrazowej.
Pagoda Hill, Guilin (variant), 1997.
Pracował i fotografował, sprzętem firmowym, w sensie pożyczał sobie aparat ze studio i w wolnych chwilach robił zdjęcia. Tak do trzynastego roku życia. Później jakieś dziwne fuchy mu się trafiały.
Man with Nets.
Choć był obrzydliwie biedny, za cały majątek, którego był posiadaczem, kupił swój pierwszy aparat. Dał za niego 48$. Patrząc na ceny złota wtedy, i dziś, bo pierwsze to tylko do 2011 a trochę spadło w między czasie, to i tak kwota ok. 1700$ robi wrażenie. Jak nic nie pokiełbasiłem.
Man-Made Lake, Guandong, 1986.
W 1950 roku, w wieku 21 lat rozpoczął studia w National University Art, w Wietnamie. W trakcie wojny pozostał na miejscu. Pracuje tu i tam, nadal ćwicząc się w fotografii. Jeden z jego nauczycieli, który wyjechał do Francji, zaproponował mu, żeby do niego wpadł. Pod koniec wojny Don pojechał do Europy. Ale tu też nie było mu dane zagrzać miejsca. Nauczyciel zmarł.
Solitary Wooden Boat, Hunan, 1991.
Los rzucił go do Malezji, gdzie pracował trochę jako fotograf dla Czerwonego Krzyża. Po zakończeniu wojny powrócił do Wietnamu. Lecz też nie na długo. Tym razem przez swoich ziomków nie posiedział sobie w kraju. W 1979 roku wybuchła wojna chińsko-wietnamska. Rząd Wietnamu rozpoczął represje wobec mniejszości chińskiej. Wobec takiej polityki został jednym z wielu uciekinierów.
To The Market.
Nie mówiąc po angielsku, nie mając znajomych na miejscu, mając za to pięćdziesiąt wiosen na karku, wyjeżdża do USA. Do San Francisco. Tym razem, dzięki ziomkom znajduje kąt do mieszkania i pracę. Dorobił się także niewielkiej ciemni.
Pagoda Hill, 1984.
Sprzedając swoje prace, był w stanie zarobić na to, żeby wracać do Chin i robić zdjęcia. I chwała mu za to.
W latach '90 prace Dona zaczęły zwracać uwagę. Już nie musiał handlować pracami po bazarach, miał agenta. O jego zdjęcia pytały się galerie, indywidualni klienci, kolekcjonerzy, muzea. Z całego świata. Odniósł sukces w wieku 60 lat.
After Prayer.
Fishing journey.
Gibbons At Play, Tianzi Mountain, 1984.
Three friends, Beijing, 1989.
Morning Work, Guangdong, China 1980.
Mistrz.
Najważniejsze dla Dona było spotkanie z Lang Jingshanem, w Wetnamie, gdzie ten drugi wykładał.
Lang Jingshan (Long Chi-San, 郎静山), urodził się w 1891(?) roku. Jego ojciec, oficer cesarski, interesował się sztuką i fotografią. Long od małego miał kontakt z malarstwem tradycyjnym, którego zresztą się wyuczył. Na kontakt z Muzami narzekać raczej nie mógł. W wieku 12 lat, w szkole, zdobył pierwsze szlify z zakresu technik i zasad kompozycji w fotografii. Później była praca, praca, praca...Był jednym z pierwszych fotoreporterów w Chinach, jak i twórcą pierwszego aktu.
Ponoć tata dziewczynki, jak się dowiedział co zrobiła, to ją obił. Nie przeszkodziło to Langowi w wydaniu pierwszego w Chinach albumu z aktem kobiecym.
Beauty, 1932.
W trakcie kariery zaczął eksperymentować nad połączeniem malarstwa za zdjęciem. Opracował metodę nakładania warstw, zachowując jednocześnie trójdzielność planu. To właśnie
Lang Jingshan
rozwinął styl fotografii, w oparciu o tradycyjne malarstwo chińskie, gdzie przy pomocy prostych technik i narzędzi, artyści tworzyli monochromatyczne pejzaże, starając się zinterpretować wpływ natury, a nie pokazując jej charakter.
Longevity, 1961.
Z czasem obrazy zostały połączone z innymi formami sztuki. Kaligrafią i poezją. Synteza tych trzech form, miała pomóc artyście w pełnym wyrażeniu siebie. Często jest tu ukazany człowiek, podczas wykonywania prostej pracy na tle przyrody. Obrazy podzielone były na trzy plany. Człowiek pojawiał się w pierwszym lub drugim, trzeci był często rozmyty albo mglisty.
Ciekawe. Czy podczas Marszu dziesięciu tysięcy, Ksenofonta trapiły podobne rozterki. Ślimak jest fragmentem iluminacji XVI-wiecznego manuskryptu, tłumaczenie de Seyssela. Dodam, że z Ksenofonta, Anabasis albo Wyprawa Cyrusa, właśnie o tych dziesięciu tysiącach co to sobie maszerowali.
Xenophon, La Retraite des Dix mille, traduction par Claude de Seyssel, 1501, folio 46. (Bibliothèque nationale de France)