sobota, 13 lutego 2016

Za wysoki МУР dla kota.

W dniu premiery pięcioodcinkowego serialu kryminalnego "Miejsca spotkania nie można zmienić", z 1979 roku, w którym w postać kapitana milicji Gleba Żegłowa wcielił się Włodzimierz Wysocki, ulice miast i miasteczek ZSRR wyludniły się. Milicyjne statystyki z tamtego okresu potwierdzają dziwne zjawisko, które wtedy zachodziło. Wykazują niezbicie, że w ciągu pięciu wieczorów, w czasie których telewizja radziecka emitowała tenże serial, w Moskwie nie odnotowano ani jednego przestępstwa. Natomiast w 1981 roku, w rok po jego śmierci, to jest Wysockiego, państwowa oficyna wydawnicza Современник opublikowała pierwszy tomik jego wierszy, pod tytułem "Nerw", w liczbie stu tysięcy egzemplarzy. To było coś! Nieznani sprawcy ukradli cały wagon kolejowy, razem z książkami, pewnie też się wyludniły wtedy ulice. Ot, dziwy.  Większość zdjęć kręcono w Moskwie. W Odessie miano kręcić odcinek z powodu publicznej bilardowni. Nie wiem o co dokładnie chodzi, że co? W '79 w Moskwie nie było bilardu? Podobne bilardownie jak w Odessie miały być jeszcze w Kijowie i we Lwowie, w Parku Stryjskim. Kasyna wojskowe pewnie odpadają, ale dla potrzeb filmu, i jeszcze z Wysockim, załatwiło by się. Padło na Odessę. Tam sobie Wysocki z kijem postał, bo do tej chwili nigdy nie grał. Dostał pomocną dłoń, od zawodowca właśnie, Владимира Львовича Иванова aka  "Фриц". Może chodziło o drewniany pawilon, co miał przypominać stadion w Krasnogorsku, pod Moskwą, który poza sportem, był "centrum" życia towarzyskiego, miejscem spotkań i rozmów, randek też.

W trakcie kręcenia filmu. Wysocki, (NN), "Фриц", Odessa. 

W Polsce serial doczekał się emisji, otrzymał tytuł "Gdzie jest Czarny kot?". Nazwa "Czarny kot" została wymyślona przez filmowców. Gang który się stemplował kotem był nazywany Bandą Iwana Mitina albo Bandą wysokiego blondyna (Банда Ивана Митина aka Банда высокого блондина). W dobie Stalinizmu, gdy wszyscy wyrabiali plany 5-cio i 10-cio letnie, tu działaczom udało się tylko wyrobić 3 lata. Działalność ich przypada na lata 1950-53, w Moskwie i okolicach. Do kolektywu należało 11 osób, może 12, dobrzy synowie swojego kraju. Kierownikiem był Iwan Mitin (Иван Митин) wysoki blondyn, pracownik zakładów lotniczych № 34 w Krasnogorsku,  wzorowy pracownik, mistrz zmiany. Kiedy po wojnie po Krasnogorsku jeździł tylko jeden motor, kapitana drużyny piłkarskiej, bohatera i ulubieńca, Mitin zdobył BMW z koszem. Jak? Nikt nie wie. Chętnie podwoził dziewczyny, chłopaków czy milicjantów. Łatwo poznawał ludzi, gościł wódką, sam pił mało. Siadali z nim pracownicy organów ścigania a nawet prokurator. W chwili likwidacji grupy, był przedstawiony do odznaczenia Orderem Czerwonego Sztandaru Pracy.

Ścienny Czarny kot, kadr z filmu.

Aleksandr Samarin (Александр Самарин) i jego przyjaciel Agafonow (Агафонов), też z  КМЗ (Красногорский механический завод).  Zakłady КМЗ, optyczno-mechaniczne, robiły wszelką optykę wojskową. Do tego należy dodać jeszcze dwóch kadetów prestiżowych szkół wojskowych, jeden z nich, Wiaczesław Łukin (Вячеслав Лукин), uczęszczał do Moskiewskiego Instytutu Lotnictwa, świetny uczeń, sportowiec, hokeista zakładowego klubu, działacz Komsomołu. Grigoriew (Григорьев) i Korowin (Коровин), też z КМЗ. 8 z КМЗ. W tychże zakładach po wojnie robiono także sprzęt dla cywili. Tu w ramach bratniej współpracy i pomocy, aparat Zeiss Ikonta dostał rodzeństwo Moskwa 1, a Leica doczekała się następców w postaci Fed-a i Zorki. A w 1952 zrobiono pierwszego Zenita. I na koniec Piotr Bołotow (Пётр Болотов), ten co wymyślał plan. Członek partii, przodownik pracy w "500-setce", to chyba były zakłady Czerwony Październik. Ale to nie o tym.

Czarne koszki.
Iwan Mitin, Aleksandr Samarin, Wiaczesław Łukin.
 

1 lutego 1950 rozpoczęli działalność. Byli w spożywczaku. Wyszli na zewnątrz, Mitin i Samarin zapalili, a Agafonow wrócił do środka. W tym samym czasie do sklepu zaszli z patrolu, bezpiecznik Koczkin (А.Кочкин) i milicjant Filin (В.Филин). Kasjer się przyznał obu, że coś mu śmierdzi, a tamci to nie milicjanci w cywilu. Koczkin go nie sprawdzał, podszedł do palaczy. Poprosił o dokumenty. W odpowiedzi dostał od Samaryna kulkę. Śmiertelną. Uciekli gdy Filin się mocował z kaburą. Był to czas przed wyborami do Rady Najwyższej ZSRR. W gazetach doniosły nastrój. Wszyscy okazywali bezinteresowną miłość do Stalina. W zakładach "Заря", wpadli na wspaniały pomysł wykorzystania starej taśmy filmowej do produkcji grzebieni, szpilek i proszku. W tej sytuacji informacja o zabójstwie milicjanta mogłaby źle podziałać na społeczeństwo.Gazety milczały. W marcu podając się za pracowników bezpieki łupnęli sklep na 68 tysięcy rubli. Mitin i Samarin, łatwo poradzili sobie z ludźmi, po czym ich zamknęli na zapleczu, a sklep na kłódkę. Przed sklepem Grigoriew w szynelu wojskowym wzbudzał zaufanie. Po tym dali sobie spokój na  pół roku. Pewnie w listopadzie zabrakło pieniędzy i drapnęli 24,5 tysiąca. Tu mieli przerobione maski przeciwgazowe dla kamuflarzu, a do tego Bołotow miał ćwiczebny granat w ręku. Kasjerka zemdlała. Przed świętami wiadomo, wydatki duże to 10 grudnia obrobili kolejny, tym razem na 62 tysie. Kasjerka jęczała, że się boi. Mitin kazał jej włożyć głowę do pieca. Piec był wygaszony. W marcu '51 podczas napadu na restaurację, Mitin, Awierczenkow (Аверченков) i Agiejew (Агеев), "Błękitny Dunaj", nazwa od koloru piwa, zastrzelony został porucznik milicji za odwagę, odszedł zostawiając przy stoliku młodą żonę, robotnik i rannych dwóch świadków. Jeszcze w marcu załatwili targ Kuncewski i dyrektora Karpa, przy użyciu pistoletów TT, Nagan i WiS-35. To było blisko daczy Stalina. Stalin zbladł, MGB (МГБ) zbladło jeszcze bardziej. Ktoś umarł.

Stacja Pawszino (Павшино), Krasnogorsk 1950-60.

Mitin bez klamki na miasto już nie wychodził. Ja swojego czasu bez kranika nie wychodziłem. Do ojca, leśniczego, też z bronią jeździł, dla ochrony przed dzikimi zwierzętami. Tego dnia ojca nie spotkał. Zaszedł na stacje z Awierczennikowem i Agiejewem, żeby się w bufecie napić. Będąc na miejscu zauważyli, że wzmocniono patrole na kolei. Agiejew wymiękł i chciał pryskać, a Mitin spokojnie zdjął marynarkę i pił. Pistolet widać było w spodniach. Milicja chciała ich załatwić w środku, ale było za dużo ludzi. Ci wyminęli władzę i zaczęli uciekać po torach w stronę lasu. Wywiązała się strzelanina. O włos uniknięto tragedii. Banda uciekła. Służby znów wystrychnięte na dudka. Chruszczow zebrał szefów wszystkich wydziałów na specjalnym zebraniu, padły groźby o aresztowaniach i degradacjach. Zatrzymano dwóch komendantów rejonów, gdzie dokonano napadów. Grabieże, strzelaniny i zabójstwa jak na wojnie, kolejny rok milicja nie może złapać gangsterów, pierwszy sekretarz nie może zapewnić bezpieczeństwa Moskwie. Nie wiadomo czy Beria opisał Stalinowi sytuację ze szczegółami, ale pewne jest, że Chruszczow zaczął przegrywać w walce o stanowisko w Moskwie. W sierpniu '52 banda wpadła do herbaciarni. Tylko, że prócz herbaty dawniej w takich przybytkach sprzedawano też mocniejsze napoje, także kasa pracowała ciężko. Mitin zablokował drzwi, krzyknął "na podłogę", i był spokój. Do momentu, aż strażnik Krajew (Краев) wypadł z zaplecza z bronią w ręku.  Za cztery tysiące zmarł w szpitalu. Dla jednych dużo, dla Mitina grosze. Po miesiącu potrzeba było pieniędzy.

Arapow  (Владимир Арапов), główny dochodziciel МУРа. 

Padło na pijalnię "Пиво-Воды". Awierczikow zamknął drzwi, Łukin zagarnął pieniądze i wrzucił do torby. Wstał najbliższy piwosz i spytał co robisz, dodając coś o matce Łukina. Strzał zgasił oburzenie i życie. Drugi klient jak wstał, tak dostał postrzał w głowę. Aż się Łukin obruszył. Prysnęli wskakując do odjeżdżającego pojazdu. Wysiedli na następnej stacji. Torba z dowodami poszła do wody, która się nad nią cicho zamknęła.


 Arapow, w tle  "Пиво-Воды". 

W listopadzie Mitin, Łukin, Awierczenkow i Bołotow szli do sklepu Тимирязевский, przy Ogrodzie Botanicznym. Samotna latarnia rzuciła na chodnik jeszcze jeden cień z krasnogorskiej fabryki. Korowin (Коровин), też z dobrymi perspektywami, wyróżnienia za walkę i szkolenia polityczne. Zuch. W październiku 1952 roku Rada Ministrów ZSRR, zdecydowała się na ochronę milicyjną przedsiębiorstw handlowych i przemysłowych. Ale sklepu Тимирязевский-ego nikt nie chroni. Mitin kazał się wszystkim położyć. Kasjerka odważnie odmówiła wydania pieniędzy. Bołotow strzelił jej w ramię. Oczyścili kasę z 24 tysięcy i wyszli. Nieopodal zatrzymał ich milicjant prosząc o ogień. Myśląc, że są pijani poprosił o dokumenty. Mitin sądząc, że są aresztowani zastrzelił go. Porucznik padł twarzą do ziemi. Nie wiedział, że palenie zabija. Czmychnęli do ogrodu.

Droga Susokołowska (Сусоколовскa),
po lewo tereny Ogrodu Botanicznego.

W styczniu 1953 Łukin i  Bazajew (Федор Базаев), też z  КМЗ , grali turniej hokejowy w Mytiszczi (Мытищи), obwód moskiewski. Przyjechała cała "paczka". Chłopaki wypatrzyli bank na Placu Dzierżyńskiego. Przyszli następnego dnia. Po wejściu do środka Mitin zablokował drzwi i udał się do kas. Jedna kasjerka krzyknęła i dostała pistoletem w twarz, tak mocno, że wyleciał magazynek. Nic to. Trzymał się mocno drugiego pistoletu. Łukin przeskoczył ladę, tam i z powrotem i przydźwigał 30 tysięcy. Drryyńńńń! Nagle zadzwonił telefon. Łukin odebrał. Męski głos spytał czy to bank oszczędnościowy. Łukin odpowiedział, że nie, stadion! Dzwonili z komisariatu, kasjerka zdążyła prztyknąć prztyczek alarmowy. Milicja złapała przestępców telefonicznie, przynajmniej tyle.

Od lewej Biezajew, Łukin. Drużyna КМЗ, 1951.

Arapowa zastanowiło czemu stadion, a nie mięsny, poczta lub sauna. Porównał miejsca napadów z mapą i wszystkie znajdowały się w pobliżu obiektów sportowych. To daje dużo ludzi i nikt nie zwraca specjalnie uwagi na młodych, a z opisu świadków wyglądali na młodych i wysportowanych. Poszło do wszystkich, żeby przyjrzeć się młodym sportsmenom. Łukina nosiło i popisywać się zaczął. Po wypiciu z przyjaciółmi, w pobliżu Krasnogorskiego stadionu, postanowił odjechać na beczce piwa. Jak sprzedawczyni zagroziła wezwaniem milicji, to kupił ją całą i zaczął częstować wszystkich w około. Wśród pijących był i Arapow. Delektował się zimnym piwem i podziwiał młodego człowieka, który tak łatwo pozbywał się pieniędzy. Następnego ranka wrócił do Krasnogorska i nic.

Mobilny bar.

Nie ma jak ruszyć Łukina i kompanów. Dobra praca, poważanie, sporty, żyją duchem czasu. Żadnego haczyka. Nierozłączna dwójka, Mitin i Łukin, z nimi często Bazajew. Pili normalnie, bezżenni, pieniędzmi nie szastali. Życie jak wszystkich. Jedyna poszlaka to, że Łukin był na stadionie w  Mytiszczi, dzień przed napadem i sprawa z beczką. Mitin też się nie spodobał Arapowowi, jego czy, zwyczaje i skórzany płaszcz. Był jeszcze odcisk buta na śniegu, podobny do jednego z bandy. Gdy Łukin jechał do Murmańska, do łagru gdzie siedział Nikołajenko (Николаенко), dostał agenta do przedziału. Siedząc w restauracyjnym, nie zdawał sobie sprawy, że agent przeszukał jego bagaż i znalazł paczkę 20 tysięcy. Szybko sprawdzono po numerach, że to z banku w Mytiszczi. Instrukcje kazały zostawić paczkę i sprawdzić adresata. Był to Nikołajenko. Wspólnik Mitina, wyszedł jak zaczynali, podziałał i dał się złapać za papiery. Bo miał wbity zakaz pobytu i pracy w Krasnogorsku. Sprytek mały. Trochę by posiedział i wyszedł czysty jak po kąpieli, z pieniędzmi.



Zestaw pioniera Łukina.

Samaryna złapano w Swierdłowskim łagrze, gdzie siedział przypadkiem złapany z bronią. Też przypadkiem skojarzono jego opis z zabójstwem Koczkina. Rozpoczęto iskanie kota. Trzeba tylko to załatwić sprytnie. Groźnych bandytów, a nie młodych komsomolców, sportowców i studentów. Toż to kwiat narodu. W tym okresie w narzędziowni pracował przyszły bohater kopanej Lew Jaszyn. Mitin nie bywał w domu. Awierczenkow nie mógł go złapać. Spotkali się 13 lutego, porozmawiali i poszli spać. Rano nalot. Mitin na przesłuchani był spokojny i rzeczowy. Nie okazywał strachu, a nawet poczucie humoru. Wiedział, że czeka go pluton. Tak ustalono fakty. Agiejewa zdjęto w Odessie. Nie było problemu, był cywilem w czasie popełniania przestępstw, teraz latał i patrolował granicę morską. Prokurator wojskowy nie miał zastrzeżeń. Było to wydarzenie, bo aresztowano absolwenta, jednego z najlepszych. Wysoko wzleciał i z wysoka zleciał. Dla Bołotowa była to rozrywka w nudnym życiu, do tego po co pracować jak można wejść do sklepu i mieć. Ociec Łukina, milicjant i komunista dostał kręćka ze wstydu, wylądował w szpitalu dla chorych na umyśle, i tam zmarł.  W trakcie przesłuchania dwóch tylko odmówiło zeznań, Bołotow i Semichatow (Семихатов). Dziwne, aż dwóch? W sumie udowodniono im 28 napadów, 11 zabójstw, 18 zranień, ok 300 tysięcy rubli zrabowanych i 11 tomów akt. Podczas wizji lokalnej dwóch nurków wyłowiło torbę z rzeki.

Wizja lokalna, Łukin w środku,  Rublewo (Рублёво).

 Mitin i Aleksandr Samarin zostali skazani na śmierć przez rozstrzelanie. Łukin dostał 25 kratek. W między czasie zanotował ucieczkę, bo mu się dziewczyna chajtała. Złapali. Odsiedział wszystko. Wszystko w nim się zamieniło w popiół. Wrócił do domu żeby umrzeć. Zmarł niecały rok po wyjściu. Gruźlica. Reszta też zwiedziła łagry. Bołotow wielokrotnie był karany za pijaństwo, Grigoriew pracował przy spisywaniu więźniów ,a nawet uczył innych kowalstwa, Agiejew i Korowin siedzieli po cichu czekając na amnestię. Po wyjściu stracili przywileje i ordery. Aresztowanie członków gangu zbiegło się ze śmiercią Stalina. Krasnogorsk, w ciemności szare domy, koszary, komunalne mieszkania, krewni i znajomi ledwo dochodzą do siebie. Osobisty smutek rodzin miesza się z ogólnokrajową żałobą. Modlitwa pełna miłości dociera do Boga. Członkowie partii, przodownicy i studenci: "Nasz  niezapomniany i umiłowany...".


PS Film całkiem daje rade.

środa, 10 lutego 2016

"Rozjebałem się na drzewie."

Kukiz i Piersi, Rozjebałem się na drzewie.

Jade, Jade na motorze, wiater mi owiewa twarz...
mam na sobie czarne spodnie, a na brzuchu czarny pas.
Biere każde auto z boku, nikt dziś do mnie nie ma szans
 błyszczy sie na słońcu motór, a na ramie wisi kask. 


Ref.
 Czy mnie słyszysz, jade do Ciebie. U jeeeeeee ...

 Czarny kot mi przebiegł drogę, już żem go na kole mioł
 ale uciekł mi na pole, ino z buta żem mu doł.
Ryk motoru mnie podjarał, linke gazu w ręce mom,
 Jeszcze tylko cztery wioski, i u Ciebe będe stoł.

Ref.
 Czy mnie słyszysz, jade do Ciebie. U jeeeeeee...

Hej dziewczyno rób zagryche, flaszkę ja w kieszeni mom,
 wypijemy, pojadymy, wiater poprowadzi nos.
Mówią żem jest Paranoid, a ja nie przejmuje sie, jade
co fabryka dała, jade jade do Ciebie.

Ref.
 Czy mnie słyszysz, jade do Ciebie U jeeeeeee...
 Czy mnie słyszysz, jade do Ciebie U jeeeeeee...


Rozjebałem sie na drzewie, z ust mi cieknie gęsta krew,
 wiem karetka nie przyjedzie, flaszka pękła, a to pech.

 O Jezu!



Tekst Kukiz i Piersi.
. (Black Sabbath, Paranoid, Paranoid 1970)






Cóż...To historia jest podobna, może nie tak tragiczna, ale ku przestrodze, żeby nie wozić trunków w szklanych butelkach, bo to grozi wypadkiem. Miałem taką przygodę...Po całym tygodniu przespanej nauki i wyczerpującej pracy, na nocnej zmianie, nadszedł kolejny zwykły łikend. W celu naładowania baterii,  mieliśmy się z Pułkownikiem wybrać na wycieczkę rowerową. Jak zwykle i nieopodal. Cel był niejasny, droga tym bardziej. Według zasady, wpierw przed siebie, później pierwsza w lewo, pierwsza w prawo, albo na odwyrtkę. Pozostawiwszy miasto za plecami, po wjechaniu w iglaste okoliczności przyrody, szybko natrafiła się górka, którą z marszu zdobyliśmy. Jak się wjedzie na górkę, to później trzeba się z niej stoczyć. Padło na ścieżkę, prawie prostą, trochę wyboistą, wyglądającą na twardą. Trochę wyboistość okazała się znacznie większą, i zmuszała do skakania. No to hop! Hop! Trzecia hopka musiała być wymyta przez deszcze i zawiana piachem, na którym to się poślizgnąłem i wyleciałem wprost do lasu, po prawo, robiąc mniej niż bardziej kontrolowany obrót przeciw czasowi, co napotkało stanowczy opór ze strony drzewa, które się nie złamało, w dodatku zmieniło ono było mój kierunek lotu i obrotów. Po rykoszecie, przeleciawszy nad ścieżką, wylądowałem po jej lewej stronie. Po chwili włączono światło. Po stwierdzaniu, że nic mi się nie stało chyba, zacząłem się zbierać do kupy. Obok mnie sterczał z ziemi kikut drzewa, któremu się mniej poszczęściło. Gdybym się na  niego nabił, sprawiał wrażenie ostrego, to bym się dowiedział, co Azja miał na myśli, gdy się nikt go o zdanie już nie pytał. Za chwilę zjawił się Pułkownik i skwitował to następującymi słowy: K@%#! stary, ale żeś się pięknie rozjebał. Szkoda, że tego nie nagrałem! Zostałbyś gwiazdą jutuba! Nawet siodełka nie opuściłem. Nie muszę chyba dodawać, co by się stało gdyby pedały się wykręciły z imprezy. Mieliśmy po jednym napoju, nie pamiętam czy go wypiłem przed, czy po. Rower leżał spokojnie dalej. Trochę był rozklekotany. Tylne koło wygło się i zablokowało. Pchając rower przez las, czułem się jak koń podczas orki. Po wyjściu na asfalt było gorzej. W lesie ślizgał się trochę po piachu. Kiedy koło asfaltu pojawił się chodnik w me serce wstąpiła nadzieja. Co łączy chodnik z asfaltem? Potocznie policjant. Koło szybko wylądowało na krawężniku, Pułkownik po nim skakał, a ja korygowałem i ustawiałem kąt natarcia siły prostującej. Resztę dociągnęło się na szprychach. Poszło i jechało. Zarzucało mi trochę zadem na boki, jak kobyłę w szpilkach, a śladu po kole to i wąż by się nie powstydził, ale co tam. Mogłem się volvo. Decyzja mogła być tylko jedna...Nagle huk! To u mnie! Patrzę, kapeć. No rzesz. Nie pomyślałem, a koło się bujając zgrabnie ocierało o klocka, który przepiłował oponę z dętką. Muszę przyznać, że to była pierwsza i jedyna guma jaką złapałem, w ogóle i do tej pory. Na szczęście warsztat był przed nami, oferował miejsca siedzące i napoje chłodzące. Po uprzednim uzupełnieniu płynów, nastąpiło klejenie ogumienia. Była to czynność czasochłonna, zresztą wykonywaliśmy ją bardzo skrupulatnie uzupełniając płyny na drogę. Po zmontowaniu roweru i próbnym dmuchaniu, trzeba było się w końcu napić. No. Komu w drogę, temu...Będąc wyczuleni na różne przypadłości i usterki sprzętu, zajeżdżaliśmy do każdego warsztatu po drodze, na przegląd i małe co nie co, a było ich sporo bo trakt dość uczęszczany. Zakłady pogrzebowe też były. Do miasta wróciliśmy jak się zmierzchało. Na górę wbiliśmy Oboźną i przeskoczyliśmy w Traugutta. Tu mieliśmy zawinąć w Pasaż Niżyńskiego (to na tyłach Hotelu Victoria, jednokierunkowa od Pl. Defilad, czyli ten fragment kilkudziesięciu metrów pojechaliśmy Pod Prąd; był tu kiedyś Blue Velvet), via Defilad, w stronę Gdańskiego. Pułkownik zawinął. Ja za nim. Ciemno. Tam jest ciemno, i nie było latarni, i w ogóle noc już była. I gruchnąłem w tą ciemność. Nastąpił dodawanie sił o różnych kierunkach i różnych zwrotach. Ciemność była czarną beczką z wyłączonymi światłami. Wiem, że nie miał świateł bo widziałem ciemność, a za nim wylądowałem widziałem jego stop, pewnie przyhamował przed Traugutta, a później znów widziałem ciemność. I czułem brzdęk na krawężnik, i krótkie brzdęk, na asfalt. Zebrawszy się znowu do kupy zacząłem w ciemności kopać rybę. Nie zastanawiałem się czy ta ryba jest trochę radioaktywna. Achtung, achtung! Herman. Drei, zwei, eins, nul, feuer! Torpedo loss! Czarna beczka zdjęła mnie jak misia na strzelnicy. W twarz mi było z jednej strony gorąco. Wrócił Pułkownik. Jego relacja potwierdziła to zdarzenie. Jak się zorientował, że nie jadę z nim, to się zawrócił i spotkał rower leżący a obok mnie kopiącego się z rybą. Rano dowód kolejny miałem, że tak było, buty we krwi i w łuskach, i w smrodzie z ładowni kutra. Jedziemy dalej bo to nie ma to-tamto. Z Bankowego odbijamy w Solidarności, bo na rogu z JP II-go można było w Żabce baterie zanabyć. W tym czasie na Solidarności była jedna z pierwszych ścieżek rowerowych, malowana biało na kafelkach. Pusto. Jedziemy ostro. Na jezdni, przy krawężniku stoi samochód, przeczuwam co się ma zdarzyć, ale jestem letko rozbity i nic nie mogę, tylko kręcić. W chwili kiedy mijamy auto, nagle otwierają się drzwi od strony pasażera. Łup! Jeździliśmy często koło w koło, co dawało większą siłę przebicia, przy okazji zwiększając straty. No nie było możliwości zatrzymania się. Na szpicy był Pułkownik. No żeby ich kruk hujami tłukł! Tak bez wyobraźni. Bez dalszych spięć i spokojnie dotarliśmy na wiadukt za Babką. Spłukawszy kurz i rdzę z gardeł, stwierdziwszy, że to dużo jak na jeden dzień, uznaliśmy że czas najwyższy kończyć póki jesteśmy w większej całości i się rozjechaliśmy. Przy Anielewicza wykonałem łabędzi śpiew tej wyprawy. Postanowiłem sobie skoczyć z krawężnika ;) No i skoczyłem. Wylądowałem...I spadł mi łańcuch, a ja za nim. I nadjechał samochód, wolno bo z parkingu. Cierpliwie czekał aż się pozbieram pomrukując dizlem między światłami. Nie wiem czy się sam wdrapałem na chatę, kamienica bez windy, trzecie piętro. Wiem, ale czasem było za wysoko i ściągałem siostrę domofonem, złą ;), żeby mi rower wniosła. Ktoś, coś do mnie mówił, ale ja tylko miałem już jedno w planach, zadokować w łóżku i nie dałem się zwieść syrenim śpiewom. Prosto i grzecznie do wyrka poszedłem. Na całą dobę. Później mama mnie wygnała na rentgena. Obcykali mnie jak na ślubie, dali zdjęcia i mówią 500?! Ja na to, że się nie uczę i nie pracuję i w ogóle to nie chciałem tych zdjęć. A lekarz się unosi i krzyczy, i kto za to zapłaci. No, na pewno nie ja, powiedziałem cicho. Ale usłyszał i furii dostał, i brzydko się wyrażał, a mnie nikt o takie duperele nie pytał, i wyjść chciałem bo duszno było i czułem się jakbym nurkował, a woda osiąga stan wrzenia, gotujmy się do odwrotu. A ryj to się mi sam poklajstrował, choć trochę mu się zeszło. Nie dość, że baterii nie naładowałem to mi się coś ogniwa nadwerężyły i na stykach przerywać zaczęło. Napijmy się oranżady, ja płace. Pan jest poliglotą. Proszę się obudzić. Niech pan wstanie. Budzę pana!





Black Sabbath, Paranoid, Paranoid 1970.



"Paranoid"

Finished with my woman 'cause she couldn't help me with my mind
people think I'm insane because I am frowning all the time
All day long I think of things but nothing seems to satisfy
Think I'll lose my mind if I don't find something to pacify

Can you help me occupy my brain?
Oh yeah

I need someone to show me the things in life that I can't find
I can't see the things that make true happiness, I must be blind

Make a joke and I will sigh and you will laugh and I will cry
Happiness I cannot feel and love to me is so unreal

And so as you hear these words telling you now of my state
I tell you to enjoy life I wish I could but it's too late





wtorek, 9 lutego 2016

Kołysanka (Колыбельная, Lullaby).

Wyciąłem tylko kota. To nie jest cała historia. Film jest na dole, i parę innych, które zrobił Andrey Zolotukhin. 










Колыбельная / Kolybel'naya, (Lullaby), Andrey Zolotukhin, 2007.





Бабушка / Babushka (Grandmother), Andrey Zolotukhin, 1996.





Комар / Komar (Mosquito), Andrey Zolotukhin, 2003.





Бобок / Bobok, Andrey Zolotukhin, 2013.





Ostatni film jest na podstawie opowiadania fantastycznego pod tytułem  Бобок (Bobok), Fiodora Dostojewskiego. Pisarz pijaczyna zauważa, że zaczyna być z nim źle, a talent się rozpłyną w szkle. Zmiany osobowe, zwidy i słuchy dopełniają obrazu degradacji. I to dziwne słyszalne: "Bobok, bobok, bobok!". W ramach rozrywki udał się na pogrzeb dalekiego krewnego. Mszę przesiedział w knajpie nad szkłem, kiedy dobiegła końca, ruszył na cmentarz. Jak już wszyscy sobie poszli, usiadł na pomniku i się zamyślił, i zasnął. Po pewnym czasie zaczął słyszeć głosy. W pierwszej chwili nie przywiązywał do nich większej wagi, ale po chwili zdał sobie sprawę, że to głosy z zaświatów. Zmarli jak się okazuje mają dużo do powiedzenia. Leżą obok siebie ludzie z różnych klas społecznych i różnych zawodów, co podnosi temperaturę nieboszczyków. Plotki, kłótnie, codzienne sprawy...Spokój cmentarza zakłócił kichnięciem i wszystko ucichło. I tak sobie chodził i słuchał. A tytułowy "Bobok" jest już ostatnią formą komunikacji rozkładającego się ciała, które wydaje bulgoczące dźwięki: bobok, bobok, bobok. Apoteoza rozkładu. Warto. Całość.



sobota, 6 lutego 2016

Objadły i opity mięsopustnik.

W miastach i na wsiach z reguły najhuczniej obchodziło i obchodzi się ostatni tydzień karnawału, który rozpoczyna tłusty czwartek. Mówi się też o zapustach, ale to się źle mówi znaczy dobrze, ale mało precyzyjnie, bo zapusty obejmują okres od Nowego Roku do Wielkiego Postu. Obchody głośniejsze i huczniejsze niż podczas całego karnawału, polegają głównie na objadaniu się tłustymi daniami i opijaniu się procentowymi napojami, a po gospodach tańce, hulanki i wesołość. Stoły w zależności od wielkości wacka uginały się od zapustnych potraw. Ci co mieli większego i grubego, zajadali się dziczyzną i wymyślnie nadziewanym drobiem. Chudziaczkowie zaś wciągali głównie kraszone potrawy, kasza i kapusta ze skwarkami, słonina i sadło na stole. Oczywiście nie mogło zabraknąć chrustów, blinów, racuchów, i rzecz jasna pączków na smalcu smażonych. Tylko, że pączek pączkowi nie jest równy jak to stwierdza Jędrzej Kitowicz: Staroświeckim pączkiem trafiwszy w oko, mógłby je podsinić, dziś pączek jest tak pulchny, tak lekki, że ścisnąwszy go w ręku, znowu rozciąga się i pęcznieje, jak gąbka do swojej objętości, a wiatr zdmuchnąłby go z półmiska. Dawniej zrobiony był z ciasta chlebowego i wypełniony słoniną, okraszony skwarkami. Na słodko pojawił się ok XVI wieku. Rozpowszechnił się w XVII, na dworach i w miastach, na wieś dotarł na przełomie XIX i XX wieku, zaokrąglił się w XVII/XVIII, przez drożdże. Wypieki te zwały się różnie w zależności od regionu, były to pączki, bliny, babałuchy, pampuchy czy śląskie kreple. A jak to Rej wspomniał: Mnieysi stanowie pieką kreple, więtsi torty.

Pączki na Kercelaku, Warszawa 1927 (NAC).

Nasi słowiańscy dziadowie pewnie też tłusto żegnali zimę i witali wiosnę, ale o tym mało wiadomo bo kościół katolicki skutecznie odchudził naszą tradycję. Pewnie śladem takich obyczajów jest słowiańskie święto Opiły i Objadły, które tak opisuje anonimowy średniowieczny kaznodzieja: "Teraz jest przeklęte święto diabelskie, jak i jutro w poniedziałek, ten bożek, który dziś od wszystkich odbiera cześć, a nazywa się Objadło, we wtorek zaś będzie jeszcze inny, który się nazywa równocześnie Opiło i Objadło. Ludzie gnani grzechem będą to święto uroczyściej świętować na cześć diabła, niż tamto święto w kościele." [Maria Kowalczyk] Może być to złośliwa personifikacja i ukazanie przywar ludzkich, ale odnosi się do dzisiejszego karnawału, dokładnie do wtorkowego Opiły, czyli ostatków. A był to okres przejściowy zima-wiosna, związany z kultem płodności, gdzie wiele ludów świętowało, żegnając odchodzącą zimę, a witając nadchodzącą wiosnę. Tradycja pozostała. Pito doma i w gospodzie lubo w piwnicy, na szepcu, gdzie szynkarka na belce lub tramie kretą zapisywała, biesiady kończyły się smutno, mniejsza o to gdy do apateki po lektwarze i piluly słano, lecz częściej przybiegał balwierz z plastrami lub zeszywał szramy i rany; gorsze odnoszono w wacku, tobole, kalecie! Lecz od kielichów puszczano się w tańce. Znachodziły się fryjerki w ceplikach, strojne i ładne. Kogo zaś rańtuch nie wabił, ten zasiadał do kostek lub kart...[A. Brückner, Cywilizacja i Język, 1901] A w miastach uczty i bale, na dworach reduty czyli bale maskowe.

Pieter Bruegel, "Walka karnawału z postem", 1559.

Tłusto czwartkową zabawą, albo taką, która się w ten dzień rozpoczynała, gdyż mogła się przeciągnąć do środy popielcowej, był comber. Uwaga mała, Kitowicz podaje termin jako pierwszy "postny czwartek", Kuchowicz mówi o "tłustym czwartku". Miał ten zwyczaj do Polski przywędrować z niemieckimi osadnikami z Marchii Brandenburskiej w wiekach średnich. Nazwa ma pochodzić od niemieckiego biegania w maskach - zampern [A. Brückner]. Wiejskie dziewuchy w poznańskim miały organizować cumper lub cumber [Z. Gloger, Encyklopedia staropolska, 1900-3].  I zwyczaj karnawałowy na Łużycach to może potwierdzić, zwany zampern lub zempern (campor /camper). Najlepiej udokumentowany jest w Polsce comber krakowski zwany też babski comber albo babski cząber [Gregoryanki, 1600] . Tańce i śpiewy odbywały się na ulicach, głównie zaś w rynku. Już o świcie podchmielone niewiasty, przekupki i baby straganne oraz liczny inny motłoch, malowniczo poprzebierane wkraczały do miasta podzielone na roty, z wybraną marszałkinią niosącą kukłę, w śród pląsów, tanów i gęsto wychylanych kieliszków. Następnie rozpoczynało się polowanie na mężczyzn. Bogatsi mogli się łatwo wykupić datkiem, biedaków i tych z którymi większa mogła być poufałośc, czochrano, combrem przezywając i wciągano do grona świętujących. Na kawalerów i młodych chłopaków zaś najbardziej zawzięte były baby, tych powalały i przywiązywały do drewnianego bala, stroiły w grochowy wieniec i kazały ciągać go po rynku krzycząc: comber! A to było za karę, że w bezżeństwie zapusty kończy.

Kiej ostatki, to ostatki, cieszcie się dziołchy i matki,
Kiej ostatki, to ostatki, niech tańcują wszystkie babki,
Kiej ostatki, to ostatki, niech się trzęsą babskie zadki!

Z upływem dnia łowy zamieniały się w radosną hulankę. Około południa  na powrozie wleczono ulicami słomianego bałwana przedstawiającego mężczyznę, zwano go Combrem. Po dotarciu na rynek, pod Sukiennicami, tłum kobiet wśród wesołych okrzyków rozszarpywał go na kawałki. Ma się to wywodzić od legendarnego burmistrza Krakowa, niejakigo Combra, któren miał być nielubiany i okrutnik, co to się we znaki najbardziej przekupkom dawał, fizycznie i finansowo, więzieniem, a wielu do ubóstwa doprowadził. Miało mu się zachorować i zemrzeć w czwartek  przed Popielcem. W mieście zapanowała powszechna radość i tak radować się miano co roku. Za krzywdy od Combra miały kobiety w ten dzień odpłacać mężczyznom. W dokumentach brak wzmianki o burmistrzu takim. Krakowskie zabawy w 1846 roku ukrócili Austriacy. W Radomskiem zaś baby miały się zbierać na comber w środę popielcową wieczorem, w karczmie, gdzie strojono słomianego wiechcia przedstawiającego mięsopust, i miały później chodzić po domach, zbierając okup od panien i mężatek. Przyjemnie było w Poznańskiem, gdzie dziewki wyprawiały cumper parobkom, opłacając im w karczmie przekąski, wódkę i muzykę. Hej!

Maszkary zapustne.

Huczna przez cały zapust zabawa, w ostatnie trzy dni, osiągała swe apogeum, tak zwane ostatki, mięsopust (pożegnanie mięsa, opust), kuse lub szalone dni a nawet diabelskie. Tu już wesołość miała do szaleństwa dochodzić, a żeby je spotęgować przebierano się za maszkary zapustne, cyganów, żydów, bociany, konie, niedźwiedzie, kozy, dziady, co by odgrywać komedyje. Panny i kawalerowie w mięsopust do gospody kloc zaciągali, i tak długo nań wodę lali, aż gospodarz się sutym poczęstunkiem okupił. Potem przez ten pień skakano, baby na len, chłopy na owies, wróżba na zbiory, że kto jak wysoko podskoczył to mu tak obrodzi. Był jeden profesor, co to wieś na Podlasiu kupił, i ciekawy był zwyczaju ludowego. I poszedł sobie pooglądać. Ledwie w drzwiach karczmy się pojawił, jak go obskoczyły wesołe i podchmielone baby i do skoków przez pień przymusiły. Musiał się dziedzic wiadrem piwa wykupić. Ludziska powiadają też, że diabeł we wtorek mięsopustny za drzwiami karczmy stoi, i zakonotowywuje sobie tych co po północy wychodzą. A tak się rozbrykać można było, że na trzy zbyty szła zabawa, od niedzieli do środy, a jak się kompanija rozochociła to i popielcowi nie pofolgowano i czwartkowi, a dopiero w piątek kończono. Pewnie do piątku diabeł już nie stał. Ostatni dzień przed Popielcem, zwano też koziołkiem, od figurki ustawionej przed orkiestrą, gdzie dziewczyny proszono do tańca, a młodzieńcy wykonywali pieśń. W odpowiedzi, w misce co przed koziołkiem stała, lądowały drobne datki. Też nazywano go śledzikiem, ale chyba nikt śledzia przed grajków nie kładł.

Mięsopusty, zapusty,
Nie chcą państwo kapusty,
Wolą sarny, jelenie,
I żubrowe pieczenie.
Mięsopusty, zapusty,
Nie chcą panie kapusty,
Pięknie za stołem siądą,
Kuropatwy jeść będą.
A kuropatwy zjadłszy,
Do taneczka powstawszy
Po tańcu z małmazyją
I tak sobie popiją.

Ale to były wyjątki, normalnie zabawa dobiegała końca we wtorek. Przed północą jeden z biesiadników miał zakładać koszulę, na szyi wieszał pas i udając księdza w komży, wygłaszał zabawne kazanie. O północy wnoszono podkurek, to jest pierwszą postną kolację złożoną z mleka, jaj i śledzi. Często po północy pojawiał się człowiek zwany Zapustem lub Włóczebnym, w kożuchu wywróconym futrem na wierzch, przybrany wstążkami i  gałązkami, z drewnianym toporem z dzwonkiem. Prosił o jajka, krupy i jagły, w Wielkopolsce o słoninę i mięso. Razem z pomocnikiem obchodził wieś, nie pomijając gospód, starając się wypędzić ostatnich biesiadników. Miało to przynieść szczęście. W środę kończono zabawy, delikatnie, bez obżarstwa i pijaństwa. Pewnie raziła radość ludzka i  przedchrześcijańskie elementy obrzędów zapustnych, bo o  nieposkromionych swawolach związanych z zapustami, tak się wypowiadał w XVI wieku, jezuita ksiądz Jakub Wujek: "Post odrzucają, ale mięsopusty od czarta wymyślone bardzo pilnie zachowują." Zaś pewien kalwiński kaznodzieja, prawie mu współczesny, Grzegorz z Żarnowca, był jeszcze dosadniejszy: "Większy zysk czynimy djabłu, trzy dni rozpustnie mięsopustując, aniżeli Bogu, czterdzieści dni nieochotnie poszcząc." Też się robię głodny, gdy koło piekarni przechodzę.

Czesław Wasilewski (Zygmuntowicz Ignacy), Wesoła sanna, 1934.

Wpadliśmy tu z hukiem i krzykiem,
Z weseliskiem i kuligiem,
Lecz na radość smutek godzi
 Wstępna środa już nadchodzi
Powiedzieć tam wstępnej środzie,
 Niech zaczeka na zagrodzie!
W okna bije dzionek biały,
Oczki pannom pomalały…

Jak dodamy do hulanek, tańców, biesiad, bali, kuligów - pijackich zajazdów towarzyskich i polowań, jeszcze jeden element, który przypomina sobótkę, a mianowicie kojarzenie par, a nawet ich zaręczyny czy zaślubiny, to otrzymujemy obraz zimowej Sodomy i Gomory. Zapusty były świętem młodych mężatek, w sensie zeszłorocznych, musiały się teraz wkupić do bab. W Wielkopolsce młodą sadzano na sankach lub taczce i wożono po gospodach, gdzie musiała się wykupić. Zabawa tylko dla mężatek. Na Lubelszczyźnie po raz pierwszy młode siadały między mężatkami w karczmie i we wtorek musiały być wykupione. Pod Kielcami chłopaki dziewuchom kłody do nóg wiązali i do knajp ciągali, gdzie się musiały wykupić, za to, że za mąż jeszcze nie poszły. Pod Częstochową mężatki w strojach męskich zwoziły młode żonki do karczmy, też na wykup. A tym co nie znaleźli żony czy męża przyczepiano "klocka" na plecy, tak żeby nie zauważył, a była to głowa śledzia, kuper kapłona, kawałek drewienka. Swoją drogą na Łużycach jest praktykowany obecnie uroczysty pochód par, zwany Zapustowym pśeśěgiem.

Już mięsopust schodzi,
Już schyla się z brzega, 
Już mi tego roku
Kawalira trzeba.
Jeśli się nie wydam
Mięsopustu tego,
To ja będę patrzeć
Sposobu innego.

Tak w "Obyczajach i zwyczajach w dawnej Polsce", opisuje mięsopust W. A. Maciejowski:
[...] kiedy nadchodził post czterdziestodniowy, w którym mięso puścić, czyli zaniechać go potrzeba było, poprzedzający go mięsopust dozwalał czynić, coby kiedy indziej było zgorszeniem. Wtedy godziło się pijanicy chodzić po ulicach, i dać się poprzedzać muzyce umyślnie na to zgodzonej. Wtedy szlachta, zawitawszy pod wiechę karczemną, miewała pocieszne sceny, gdzie jeden drugiemu różne zadawał słowa, gdzie nie jednemu i we troje łeb rozbito, gdzie panów broniąc słudzy ci do szabel, a ci brali się do półhaków, a wpadłszy, za drzwi pijana czereda rąbała się na ulicy. W tym to szczególnym czasie próżniacy i rozpustnicy szlifowali miejskie bruki, chodzili ceklatum, strzelali po próżnicy, a na ulicach wszędzie pełno było skrzypiec i dudów. Wrzask i hałas weselejącej się gawiedzi zagłuszał przechodzących. Słysząc zgiełki powiedziałbyś, że dobrze mówią Turcy, gdy utrzymują, że są czasy w których Chrześcijan odchodzi rozum, w którym skaczą jak bydło, i nie wprzód do rozumu przychodzą aż im ksiądz posypie na głowę popiołu. Ci gonili dziewki, które by złapawszy zaprzęgli w kłodę za to, że nie poszły za mąż tych mięsopust, a dziewki nie bardzo też uciekały [...]

Ceklatum może być od ceklarz - pachołek, stróż miejski, a ten od niemieckiego zirkler - nocny stróż; czyli chodzić ceklatum - włóczyć się po nocy. Półhak - obrzyn hakownicy, broń palna dla jazdy.



Na Rzeszowszczyźnie mylić się nie mogą, że "w tłusty czwartek należy zjeść tyle tłustości, ile razu kot ogonem ruszy"! I basta! I popić należy, na zdrowie!

Szanujmy tradycje, pozwólmy się jej odrodzić, przynajmniej nie zaginąć i czerpmy z niej garściami i pełną gębą.

piątek, 5 lutego 2016

Do zakochania 1 bit...

"Pluskwiak",
Gracixalus quangi.
(By Jodi Rowley, worldwildlife).

W pierwotnych górskich lasach północnego Wietnamu, w pobliżu niewielkich strumieni, pomieszkuje sobie niezwykły płaz, w znaczeniu rodzina. Samce żyjącej na drzewach rodziny rzekotek Gracixalus, zamiast skrzeczeć, kumkać i rechotać, jak przystało na poważnego kandydata w zielonym wdzianku, w miłosnym uniesieniu wyśpiewują 8 bitowe melodie. Chciałoby się rzec, prawie jak ptaki, ale to prawie jest za duże, nawet na małego ptaka, jak dla mnie. Nie to żebym miał coś przeciwko ośmiobitówkom, mają swój niezaprzeczalny urok. Naukowcy zaś utrzymują, że to przypomina ptasi śpiew. Godne uwagi jest to, że każdy samiec ma swój indywidualny zestaw bitów miłosnych składający się z kliknięć, gwizdnięć, ćwierknięć i innych dźwięków, do tego za każdym razem wykonanych inaczej. Ponoć nie ma identycznych melodii, zmienia się częstotliwość, amplituda, i czas trwania. To ciekawe, czy śpiewają co popadnie i liczą, że któraś się nie połapie, czy mają taką niesamowitą pamięć? Przynajmniej nie usłyszy taki jeden z drugim, już to gdzieś słyszałam...

"Kaktus"
Gracixalus supercornutus.
(By Jody L. Rowley, calphotos.berkeley.edu)

Nie dość, że panowie są odziani w gustowną zieleń, z dodatkami, wśród mnogości innej zieloności, to mogą się pochwalić do kompletu zieloną krwią i bardzo twarzowymi, choć to będzie widać dopiero po śmierci, turkusowymi kośćmi. A co! To wszystko przy niewielkim rozmiarze, panowie poniżej 25 mm. Zasadniczo podobne w budowie, o szpiczastym pyszczku. Różnice widoczne w szczegółach i kolorystyce. G. Quangi z wierzchu wyróżnia się zabarwieniem w odcieniu jasnego cappuccino, to mi przywodzi na myśl knieżycę szarą pluskwiaka takiego lub suchy liść. Panie lekko rudawe. I ma plamki na bokach. G. Supercornutus  może się pochwalić uroczymi różkami na oczach i rogowymi wypustkami na skórze. G. Gracilipes ma brązowe oczy z wierzchu, i tej samej barwy wtręty na grzbiecie, biały pas na bokach. Oczy mogą być połączone ze sobą brązową linią, po krawędzi pyszczka i przez środek głowy. Nazywany żabcia "podbite oko". Czemu nie. To pewnie przez wielkość a dokładnie przez małość. Ich samice mogą osiągnąć 39 mm wielkości, są około dwóch razy większe od panków.

"Podbite oko" aka "Limo",
Gracixalus gracilipe.
(By Jodi Rowley, australianmuseum). 






Partie wokalne:

"Pluskwiak", Gracixalus quangi: śpiew i zapis.
Jodi Rowley (storify).


"Kaktus", Gracixalus supercornutus: śpiew i zapis.
Jodi Rowley (researchgate).


"Limo", Gracixalus gracilipes: śpiew i zapis.
Jodi Rowley (reseachgate).




Andrzej Dąbrowski, Do zakochania jeden krok.

Mijają dni, miesiące, mija rok
Prawdziwe życie mija nas o krok
I z tym nam dobrze jest i nie jest
I niby nic nie dzieje się
Świat nam nie wadzi, lecz przez cały czas
Coś się gromadzi, coś dojrzewa w nas
Co było ledwie nutką rzewną
Zmienia się w pewność tego że

Ref :
Do zakochania jeden krok , jeden jedyny krok nic więcej
Do zakochania jeden krok , trzeba go zrobić jak najprędzej
Dopóki się zapala wzrok , dopóki się splatają ręce
Dopóki kusi nocy mrok, do zakochania jeden krok
Do zakochania jeden krok ...

A potem znowu codzienności kurz
I zakochanie też za tobą już
I znów to jedno masz ze świata
Niezmienną pewność własnych wad
A potem braku zdarzeń znów masz dość
I znów się zamiast marzeń zjawia ktoś
Ma imię adres kolor włosów
I już nie sposób oprzeć się

Ref :
Do zakochania jeden krok , jeden jedyny krok nic więcej
Do zakochania jeden krok , trzeba go zrobić jak najprędzej
Dopóki się zapala wzrok , dopóki się splatają ręce
Dopóki kusi nocy mrok, do zakochania jeden krok
Do zakochania jeden krok ...


Słowa: Andrzej Bianusz.
Muzyka: Antoni Kopff.



PS Może nie jestem jeszcze za stary, żeby znów mieć zespół? Dobrze to brzmi, Trzech płaskich tenorów, w składzie: "Pluskwiak", "Kaktus" i "Limo". W sumie grałem kiedyś na basie...Gitara, to był składak z różnych części, ale wszystko było od Fendera. Malowana czarnym sprejem. Żółty kabel i piec Laboga. Ech...I tylko sąsiadka się pytała rano, czy z ojcem wszystko dobrze, bo czemu robi remont po nocy, i bobruje w ścianach, że jej to nie będzie wcale przeszkadzać, jeśli będzie to robił w ciągu dnia ;)

środa, 3 lutego 2016

Old Pond Comics (Haiku).


Clouds of cherry blossom
the temple bell
is it Ueno or Asakura?

By Jessica Tremblay,
Haiku by Matsuo Basho.



The change of clothes;
The crow is black,
The heron white

By Jessica Tremblay,
Chora (Haiku, R.H. Blyth, p.732)



little snail
slowly, slowly
climb Mount Fuji

By Jessica Tremblay,  
Kobayashi Issa (Tr. David G. Lanoue)





 "It's cold!"
the insects' complaining
has begun


 By Jessica Tremblay,
Kobayashi Issa (Tr. David G. Lanoue)






ten kitten
ten
different colors

 By Jessica Tremblay,
Kobayashi Issa (Tr. David G. Lanoue)




one man
one fly
one large sitting room

 By Jessica Tremblay,
Kobayashi Issa (Tr. David G. Lanoue)







More: "Old Pond Comics", by Jessica Tremblay.




Los jednej herbaty.


Filiżanka herbaty, Issa (一茶 ).
(Muramatsu Shunpo 1772-1858)

Członek sekty buddyjskiej Jōdo Shinshū. Do tego jeden z czterech wielkich od haiku. Jest blisko Basho, ale przed Busonem i Shiki. Są i tacy co to uważają inaczej. Kobayashi Issa, albo Issa (一茶 ), co można tłumaczyć jako "filiżanka herbaty" a dokładnie "jedna herbata". Jest on kolejnym przykładem na to, że los jest kowalem człowieczego życia, niekiedy od maleńkości, często do samego końca.

The cat joins
the drinking party...
 forgetting the year.

Urodził się w rodzinie rolniczej, pochodzącej z Kashiwabary, to jest gdzieś w prowincji Nagano obecnie, roku pańskiego 1763. Los chciał i zabrał mu matkę kiedy miał trzy latka i to był dopiero początek losowania. Zajmowała się nim babcia, co nie było jeszcze takie najgorsze. Los jednak nie spał i k(n)uł dalej.

In this world we walk
on the roof of hell
gazing at flowers

Po pięciu latach ojciec znalazł sobie żonę, a po kolejnych dwóch, Issa miał już przyrodniego brata. Gdy miał lat 14 zmarła jego babcia. Teraz to już zupełnie się poczuł obco i samotnie we własnym domu. Stał się kapryśny i ponury, a samotne wędrówki po polach przyprawiały macochę o drgawki, a była to kobieta bardzo wymagająca, zarządzająca domem jak magazynem. Rok później ojciec wysłał go do Edo w celach zarobkowych.

Zachód słońca-
również w oczach żaby
błyszczą łzy

Co tam wyczyniał średnio wiadomo, poobijał się w szkole haiku, choć też nie jest jasne jak bardzo. W późniejszym czasie wędrował po Japonii i walczył z macochą o spadek po ojcu. Ojciec zmarł w 1801 roku. Po latach awantur uzyskał wreszcie prawo do połowy majątku. Wrócił do rodzinnej wsi w wieki 49 lat.

Thatched house-
on the cat, in the ladle
autumn rain

Od razu znalazł sobie żonkę, Kiku, z którą miał zaraz dziecko, które zaraz zmarło. Taki los. Córka urodziła się następna, a następnie zmarła, miała 2,5 roczku. Zdarza się. W 1820 zmarło jego trzecie dziecko.

This dewdrop world-
is a dewdrop world,
and yet, and yet...

Kiku zachorowała i zmarła trzy lata później po urodzeniu czwartego dziecka, które też zmarło, było to pewnie następstwem zaniedbań ze strony pielęgniarki albo innej pomocnej dłoni. Tak też się zdarza. Miał wtedy 61 lat. Napisał to po śmierci żony.

Outliving them,
Outliving them all,
Ah, the cold!

Drugie małżeństwo zakończyło się rozwodem. Z trzecią żoną był szczęśliwy, zajmował się produkcją dzieci i pisaniem. Miał z nią dwójkę pociech. Żona go jednak opuściła, co było spowodowane porażeniem, albo doznał porażenia po opuszczeniu. Raczej to pierwsze, żeby nie było tak romantycznie. Los czuwa i międli dalej. A herba stygnie.

Sharing the food
 in the cat's dish...
 Baby sparrow.

Żeby nie posądzono go o populizm, że Ah, the cold!, los wybuchnął  wielki pożar, który strawił między innymi jego dom. Przeprowadził się do składziku, który mu się ostał we wsi. A jak sam mówił: "Pchły umknęły z płonącego domu, i znalazły schronienie ze mną tutaj".

How beautiful!
The Milky Way from a hole
In my sliding rice-paper door

Zmarł w listopadzie 1827 roku, w rodzinnej wiosce. Życiowe zawieruchy nie przeszkodziły mu w tworzeniu haiku. Ilość 20k robi wrażenie. Mimo płodności cierpiał zarówno na brak dzieci jak i pieniędzy, choć jego haiku cieszyły się popularnością. A jak pewnego razu się wybrał na wycieczkę na malownicze wysepki Matsushima, to zabrał ze sobą kilku na krzywy ryj.

I’ll show you Matsushima
Then you’re on your own
Little fleas

Nie przywiązywał uwagi do wyglądu czy stroju, przez co zyskał przydomek "szary szpak". Nie stworzył szkoły i nie miał żadnego ucznia jak inni. Miał za to dar głębokiego postrzegania szczegółów. Bardzo osobisty charakter, język namiętny i płomienny, hihihi, sprawia, że jego wersy są jednymi z najbardziej szczerych. Zdarza się.

In a better world
I’d welcome more of you in my rice
Little fly

Jego życie nie było poezją, choć poezja była w nim, była pamiętnikiem jego serca. W jego haiku koegzystują ze sobą żywioły, zwierzęta, rośliny i ludzie. Dopatrzył się tego, że świat przyrody ma więcej ciepła niż ludzki. Oczywiście w chwili kiedy nic się nie pali lub nie trzeba podzielić tego co zostało po zmarłym. Wtedy robi się gorąco.

W zakątku świata
 gdzie egoizm i chciwość,
też kwitnie wiśnia.

W swojej twórczości sporo czerpał z natury, czego efektem jest spora ilość przyziemnych bohaterów. I tak około 200 haiku jest o żabach, 15 o ropuchach, po 54 o kotach i ślimakach, 150 o komarach i 230 o świetlikach, 100 o pchłach, po 90 o cykadach i muchach. I jeszcze sporo o innych zwierzakach i robakach.

Under the ice
 The cat's eyes follow...
 Crazy fish

Bogactwu nastrojów towarzyszy różnorodność tematów i nastrojów. Często pisał o małych zwierzętach z dużymi problemami, gdzie ukazywał się humor, który jest częścią kultury Japonii. W jego haiku jest mowa o miłości do natury, którą darzył wielką estymą, porach roku i dnia, melancholii i kaprysach przyrody, o szacunku do innych stworzeń.

O snail
Climb Mount Fuji,
But slowly, slowly!

W sumie, z danych o zwierzętach o których pisał, to wyłania się ładny obrazek. Świetliki poszły na lampki, przy których pisał, ropuchy, żaby, ślimaki i ptaki to lekka dieta a i cięższa szamka też się znajdzie jak gęś czy kurka lub koń, cykady do przygrywki, muchy to się zawsze zlecą jak i komary, a pchły to sam mówił, że się z nim przeniosły na nowy kwadrat. Ot i cała tajemnica tego, co miał na myśli autor.

A frog in the evening croaks
Lining up its bottom
 With the top of Mount Fuji.

Częstym motywem jest przejście, to pewnie ślad sekty. Po tym czego doświadczył w swoim życiu, do śmierci podszedł z uśmiechem i na chłodno.

Oh well, is this to be
My final home
These six feet of snow