czwartek, 14 stycznia 2016

Love Kitten...

Cute trick - Playfull Kitten.
(Art Frahm)

Prrrrrrrrrrrrrr

I'm a love kitten, prrrrrrrrrrrrrr
Wish I were sittin'. prrrrrrrrrrrrrr
On your lap and you were holdin' me
Mmmmm, what a situation that would be
Love kitten lookin' for lo-o-o-o-ve

I'm a love kitty, prrrrrrrrrrrrrr
Won't you say I'm pretty, prrrrrrrrrrrrrr
Hold me tight until I purr
Tie a ribbon in my fur
Love kitten lookin' for lo-o-o-o-ve

Hold everything.
(Art Frahm)

Chase me, chase me
Round and round we'll go
When you catch me
I will never let you go

'Cause I'm a love kitten, prrrrrrrrrrrrrr
How I wish I was gettin', prrrrrrrrrrrrrr
All the kisses that you've got
Mmmmm, only hope you've got a lot
Love kitten lookin' for
Love kitten lookin' for lo-o-o-o-ve
L-o-o-o-ve
I'm a kitten
A love kitten
Yay-yay-yay-yay
Yay-yay-yay-yay-yay


Aprl Stevens
(Nino Tempo)

April Stevens, Love Kitten, 1961.


prrrrrrrrr

=^.^=


Art Frahm, amerykański malarz działający głównie w latach '40-'60 XX wieku. W Chicago. Malarz raczej komercyjny. Nie zmienia to faktu, że przyjemna to komercja. Reklama i Pin Up. Styl kreskówkowy ;) Postacie to głównie młode kobiety, oddające cały przekaz obrazu grą ciała, zasadniczo nogami, w uroczych układach. Pozostałe części też nie są bierne. Twarze mają się gorzej, z tendencją do plastiku. Malował scenki rodzajowe, drobne wypadki przy codziennych czynnościach, czasem lekko nierealne, trochę nagości w pełni. To wszystko ubrane w żywe, rodem z cukierni, kolory. Brak techniki ukryty pod poczuciem humoru. Tylko, że kiedy esteci wysokiej sztuki z Soho, głodowali próbując się wyrazić w sposób abstrakcyjny lubo surrealistyczny, Art miał się całkiem nieźle ze swoimi cukieraskami..


Art Frahm (1907-1981).

Cechą charakterystyczną jego obrazów jest "dama w opałach" lub może "dama skrępowana". Skrępowanie  to nie małe, bo są to zjechane do kostek figi, które mogą znacznie ograniczyć ruchy a nawet doprowadzić do wypadku. Jak na złość wiatr podwiewa ostro, a ręce zajęte zakupami ewentualnie zwierzakiem, lub wszystkim naraz, z drobnymi wyjątkami jak przy zmianie koła. I nie dzieje się to w miejscu odosobnionym. Z celnym tytułem pracy. Powtarzającym się jeszcze, rozpoznawalnym elementem zakupów, jest seler naciowy. I pomyśleć, że to podchodziło pod porno. No ale jak to? Przecież figi zakrywają kostki...Nie dość, że obie to jeszcze w całości.


O-Ooh! (1950).

Jeszcze drzemiąca wielka tajemnica w tych obrazach jest. Co to za siła sprawiła, że one te figi takie figlarne się zrobiły. Poza grawitacją, rzecz jasna. Co do selera, to nie dziwne, że go panie kupują. Seler to wszak afrodyzjak, który w dodatku odchudza.  Przecież każdy starał się go zdobyć na igrzyskach nemejskich; jedne z cyklu igrzysk panhelleńskich: Olimpia, Delfy, Istmia, Nemeia; co było możliwe przez ich wygranie, bo zwycięzca był dekorowany wieńcem z liści dzikiego selera. To teges, kondycja musiała być, a co za tym idzie, to i figura. A później afrodyzjak. Na dziko.

A Fare Loser.

Do tego dorzucił serię obrazów z zachowania bezpieczeństwa na drodze, gdzie szczęśliwe dzieci są pod opieką, szczęśliwej, uśmiechniętej i postawnej władzy. To akuratnio nie jest ciekawe. Natomiast w dość interesujący, jeśli nie rzec romantyczny sposób, ukazał los bezdomnych i wagabundów, która to seria była do kalendarza jak i majteczki w dół.

Hobo line up, May 1952,
(Traveling hobo series).



In San Francisco.

Westward ho!

Hobo's holiday.


I kilka jeszcze prac, żeby temat lekko zamknąć tu.

Peg o' my heart.

Number please! (1957).

Exposed.





prrrrrrrrr

=^.^=





PS Był jeszcze taki jeden co majstrował z figami, Jay Scott Pike, zmarł w zeszłym roku, ale mi osobiście nie przypadł do gustu.

niedziela, 10 stycznia 2016

O leczeniu brodawek w St. Petersburgu.

321
— Serwus, Huckleberry!
— Serwus, co słychać?
— Co tam masz?
— Zdechłego kota.
— Pokaż! O rany, zdechły jak nic! Skąd go masz?
— Kupiłem od jednego chłopca.
— Co dałeś za niego?
— Niebieską kartkę i pęcherz z rzeźni.
— A skąd wziąłeś kartkę?
— Dwa tygodnie temu kupiłem ją od Bena Rogersa. Dałem mu za nią kijek do kółka.
— Słuchaj, Huck, a do czego ci potrzebny zdechły kot?
— Do czego? Do usuwania brodawek.
— Serio? Ja znam lepszy sposób.
— Niemożliwe. A jaki to sposób?
— Woda ze zgniłego drzewa.
— Woda ze zgniłego drzewa? To do niczego!
— Nie gadaj. Próbowałeś kiedyś?
— Ja nie, ale Bob Tanner próbował.
— Kto ci to powiedział?
— On mówił to Jeffowi Thatcherowi, a Jeff Thatcher Johnny'emu Bakerowi, a Johnny Jimowi Hollisowi, a Jim Benowi Rogersowi, a Ben pewnemu Murzynowi, a Murzyn powiedział to mnie. A widzisz!
— No i co z tego? Oni wszyscy kłamią. Może z wyjątkiem Murzyna. Nie znam go. Zresztą nieważne. Ale powiedz mi, jak Bob Tanner to zrobił?
— No wiesz, wsadził rękę w otwór spróchniałego pnia, w którym zbiera się deszczówka.
— W dzień?
— Jasne, że w dzień.
— Z twarzą do drzewa?
— Tak, chyba tak.
— Co mówił przy tym?
— Pewnie nic nie mówił. Zresztą nie wiem.
— No właśnie! I taki osioł będzie coś gadał o usuwaniu brodawek zgniłą wodą! To do niczego! Trzeba pójść samemu w głąb lasu, odszukać zgniły pień, w którym po deszczu zbiera się woda, o północy odwrócić się plecami do drzewa, wetknąć rękę w otwór i powiedzieć:

„Na ropuchę i purchawki,
zgniła wodo, zjedz brodawki!”

Potem trzeba szybko pójść z zamkniętymi oczami jedenaście kroków przed siebie, potem trzy razy się obrócić i pójść do domu. Ale po drodze nie wolno z nikim rozmawiać, bo gdy się powie choć słowo, czary stracą moc.
— Hm, to wygląda na dobry sposób. Ale Bob Tanner tak nie robił.
— Na pewno nie. On ma najwięcej brodawek z nas wszystkich, a przecież nie miałby ani jednej, gdyby wiedział, jak należy stosować zgniłą wodę. Ja tym sposobem pozbyłem się już tysiąca brodawek. Ciągle bawię się żabami i dlatego wciąż robią mi się nowe. Czasami także usuwam je bobem.
— Tak. Bób jest dobry. Też go stosowałem.
— Tak? A w jaki sposób?
— Trzeba wziąć ziarenko bobu, rozłupać je, naciąć brodawkę do krwi, potem posmarować obie połówki bobu krwią i jedną zakopać o północy na rozstajach dróg, wtedy gdy nie ma księżyca, a drugą połówkę spalić. Połówka nasmarowana krwią ciągnie i ciągnie, żeby przyciągnąć do siebie drugą połówkę i w końcu brodawka odpada.
— Zgadza się. A jeśli zakopując bób, powiesz: „Idź bobie pod ziemię — precz brodawko ode mnie” — to jeszcze lepiej. Tak właśnie robi Joe Harper, a on już był blisko Coonville i w ogóle dużo widział. Czary, CzarownicaA jak się usuwa brodawki zdechłym kotem?
— To jest tak: bierzesz kota i idziesz z nim na cmentarz nocą w dniu, kiedy pochowano jakiegoś bezbożnika. O północy przyjdzie diabeł albo nawet dwa i trzy, ale widzieć ich nie można, najwyżej usłyszy się coś jakby wiatr, a czasem nawet ich rozmowę. A kiedy zabierają duszę tego nieboszczyka, trzeba rzucić za nimi kotem i powiedzieć:

Tak jak diabeł znika z trupem,
Tak jak kot ucieka z łupem,
Niech brodawki mi znikają,
Czystą skórę zostawiają!

Ten sposób usuwa każdą brodawkę.
— To może być niezłe. Próbowałeś już tego, Huck?
— Nie, ale mama Hopkins mi opowiadała.
— W takim razie to musi być prawda, bo wszyscy mówią, że ona jest czarownicą.
— Mówią? Ja wiem, że nią jest! Rzuciła przecież czary na mojego ojca. Sam to mówi. Idzie raz ojciec drogą i widzi, że ona chce na niego rzucić urok, chwycił więc kamień i gdyby się nie schyliła, trafiłby ją porządnie. I co na to powiesz, że tej samej nocy spadł z szopy, na której spał pijany, i złamał sobie rękę?
— Rany! To straszne. A skąd twój ojciec wiedział, że ona chce na niego rzucić czary?
— Mój Boże, ojciec świetnie zna się na tym. Mówi, że gdy ona wlepi tak w kogoś oczy, to czaruje. Zwłaszcza jeżeli coś przy tym mruczy pod nosem. Bo wtedy odmawia Ojcze nasz na wspak.
— A kiedy pójdziesz wypróbować kota, Huck?
— Dzisiaj w nocy. Myślę, że tej nocy diabli przyjdą zabrać starego Hossa Williamsa.
— Przecież pochowali go jeszcze w sobotę, Huck. Czy diabli nie zabrali go już w sobotę?
— Coś ty! Przecież przed północą diabelska moc nie działa, a potem była niedziela. W niedzielę diabły się nie pokazują.
— Prawda, nie pomyślałem o tym. Weźmiesz mnie ze sobą?
— Jasne, jeśli tylko się nie boisz.
— Boję się? Żartujesz! Przyjdź po mnie i zamiaucz.
— W porządku, ty też odpowiedz miauczeniem, jeżeli będziesz mógł. Ostatnim razem miauczałem tak długo, aż stary Hays rzucił we mnie kamieniem i krzyknął; „Przeklęte kocisko!”. Wtedy ja wrzuciłem mu cegłę przez okno. Ale nie mów o tym nikomu.
— To się rozumie. Wtedy naprawdę nie mogłem miauczeć, bo ciotka cały czas mnie pilnowała. Ale dzisiaj się postaram. Hej, co tam masz?
— Nic, kleszcza.
— Skąd go masz?
— Z lasu.
— Co chcesz za niego?
— Nie wiem. Nie chcę go sprzedawać.
— Jak uważasz. Mały jest ten kleszcz.
— Każdy może tak mówić, dopóki go nie ma. Mnie on wystarcza. Jestem z niego zupełnie zadowolony.
— Phi, jest ich cała masa. Mógłbym mieć tysiące, gdybym chciał.
— To czemu nie chcesz? Bo dobrze wiesz, że nie możesz. To wspaniały wczesny okaz, pierwszy, jakiego widziałem w tym roku.
— Słuchaj, Huck, dam ci za niego mój ząb.
— Pokaż.
Tomek wyjął papierowe zawiniątko i ostrożnie wydobył z niego ząb.
Huck oglądał go chciwie. Pokusa była wielka. Wreszcie powiedział:
— Na pewno prawdziwy?
Tomek otworzył usta i pokazał szczerbę.
— Załatwione! — powiedział Huck.
Tomek schował kleszcza do pudełka po zapałkach, które jeszcze niedawno było mieszkaniem „szczypawki”, i chłopcy rozstali się, każdy przekonany, że jest bogatszy niż był przedtem.



Mark Twain, Przygody Tomka Sawyera, tłum. Janosz Biliński, 1925.



sobota, 9 stycznia 2016

Dwa sążnie śrutu.

Był rok 1865. Wojna secesyjna dobiegła końca. Zdemobilizowany Jesse James wraz z braćmi, utworzył bandę rabującą pociągi, banki i dyliżanse. Dziki Bill Hickok kandydował na szeryfa Springfield, ale przegrał z Charlesem C. Mossem. Parę miesięcy później pracował jako detektyw w Forcie Riley w Kansas. Miał głównie ścigać złodziei mułów. Z rodzinnego Missouri, mając kilkanaście lat, wyruszyła wraz z innymi osadnikami, wozami, bydłem i wszelakimi klamotami, Calamity Jane i jej rodzice na prawdziwie Dziki Zachód, na Terytorium Dakoty, i jeszcze dalej, aż do Salt Lake City. Matka zmarła po drodze, a ojciec na miejscu. A pewien kid o ksywie Billy, miał sześć lat, i lubił konika na biegunach. Jeden barman opowiedział pewną historię...

"I found Simon Wheeler dozing comfortably..."
(rys. Strothmann)

W hrabstwie Calaveras, w Kalifornii, Angels Camp było rozkwitającym, huczącym, pogranicznym miasteczkiem górniczym. Drogi były złe, lub wcale, a podróż wlokła się niemiłosiernie, czasem do śmierci. Zbyt wiele rozrywek górnicy, poza pracą, nie mieli. Właściciele tawern, domów gry, i innych saloonów, jak i reszta miejscowych nieszczęśników, znała opowieści Jima i jego samego. Jim był górnikiem i hazardzistą.

"Dan'l Webster."
(rys. Strothmann)

Mógł postawić wszystko i na wszystko. Na konia, na walkę psów czy kotów, nawet kurczaków, na wyścig żuków, na ptaki siedzące na płocie, który pierwszy odleci, jak i na zdrowie żony miejscowego pastora kiedy zaniemogła, że nie tego. Zaczął paradować po ulicach z koszem pod pachą, przechwalając się zręcznością zamieszkującej jego wnętrze żaby o imieniu Daniel Webster. Była to żaba po trzymiesięcznym treningu w skakaniu i akrobatyce.

"It might be a parrot, or it might be a canary,
maybe, but it ain't--it's only just a frog."
(rys. Strothmann)

 W tym samym czasie do miasteczka przybyło dwóch typków z Nowego Jorku, czmychających przed nakazem aresztowania. Na miejscu zaczęli krążyć po jaskiniach hazardu. Los chciał, że podczas jednego z okrążeń, spotkali się z Jimem Smiley'em oraz jego chlubą i dumą. Przybysze obrabiali Jima tak długo, aż ten w końcu postawił 40$ w złocie na to, że nie ma żaby w Calaveras, która przeskoczyłaby Dan'la .

"...took a teaspoon and filled him full of quail-shot-filled..."
(rys. Strothmann)

 Po tym jeden z przybyszów stwierdził, że przyjąłby zakład, ale nie ma żaby. Na to Jim wstał, zostawił swoją pod ich opieką i poszedł łapać przeciwnika. Pod jego nieobecność cwaniaczki nafaszerowały biednego Daniela śrutem. Podczas zawodów Dan'l sobie nie podskoczył, Jim przegrał złoto, a tamci odjechali. Mimo, że później zorientował się, że zrobiono go w kulki, i tak nic by nie udowodnił.

"Why blame my cats if he don't weigh five pound!'
and turned him upside down..."
(rys. Strothmann)

 Miał tak opowiadać stary barman, Simon Wheeler, to w opowiadaniu. Miejscowa legenda głosi, że tę nieprawdopodobną historię usłyszał pierwszy raz od Rossa Coona, barmana i właściciela "Angels Hotel". Są też tacy, którzy dopatrują się nawiązania do antycznej greckiej przypowieści, gdzie Ateńczyk zapchał żabę Beotczyka kamieniami. Kto to wie? Co i gdzie.

Tu pomieszkiwał. Też bym chodził do knajp słuchać historyjek...
Mieszkając na Jack Ass Hill.

Faktem jest, że Mark Twain mieszkał w okolicy, po drugiej stronie rzeki Stanislaus River, na Jackass Hill, na południe od Angels Camp, i był częstym gościem miasteczek i obozowisk górniczych. Był tam jako dziennikarz. Pierwszy raz opowiadanie ukazało się w Saturday Press, w listopadzie 1865, pod tytułem: "Jim Smiley and His Jumping Frog". W następnych wydaniach otrzymało nowy tytuł: "The Notorious Jumping Frog of Calaveras County".

"Angels Hotel" gdzie Twain pierwszy raz usłyszał o żabie.
Between 1900-1930. Historical American Building Survey.

Dziesięć lat później, pan Coon, wraz ze współwłaścicielem , panem Lakem, sprzedali hotel. Nowy właściciel zamienił go w obiekt pierwszej klasy i zmienił nazwę na Commercial Hotel of Angels Camp. Z czasem budynek był rozsprzedawany, aż do XX wieku z okładem. Obecnie na chodniku przed budynkiem znajduje się "Żabia galeria chwały", gdzie znajdują się zwycięzcy konkursu skoków.


Cały czas ta sama historia...
(Photo Peter Stackpole, c.1940, Time)

Tak się złożyło, że od 1928 roku, w Calaveras organizowane są żabie zawody. Każdego roku, w trzecim łikendzie maja, 50 finalistów staje w szranki żeby wygrać główną nagrodę pieniężną i pobić światowy rekord w skoku w dal. Ten zaś ustanowiła żaba Rosie, w 1986 r. i wynosi on 21 stóp i 5.75 cali. Nie przypuszczał pewnie, że stanie się przyczynkiem do takiej hecy Mark Twain (Zaznacz dwa, chodziło o dwa sążnie wody. To z czasów gdy pływał na parowcach rzecznych).




Angels Camp, Calaveras, Jumping Frog Jubilee in Frogtown.

Pocztówki z chatą Twaina i opis: goldcountrygirls.
Jim Smiley and His Jumping Frog, 1865 (Osławnej skaczącej żabie z Calaveras), Sketches New and Old, Complete, by Mark Twain, (gutenberg.org.)



poniedziałek, 4 stycznia 2016

Cztery pory roku. Zima (The Four Seasons. Winter).

Komin w zadymce (The Chimney in a Snowstorm)
(Fot. Brykiet Noga).


Vivaldi, LʼInverno.








A tu się przyznam, że zainspirowany zostałem obrazem Józefa Chełmońskiego, Krzyż w zadymce, z 1907. Ale to tylko moja luźna wariacja na temat. Gdzie mi tam. Pędzla nie wyciągłem w taką pogodę a i ptak się zwinął. Ale staram się. Bo jak to powiedział do Pii Górskiej: Widzi pani: pole i rosa. Zdaje się nic, a to bardzo trudno oddać taką szarość. Ludzie są idioci! Myślą, że tylko ten służy Bogu, kto się na klęczkach modli, a ja mówię, że wymalowanie takiego pola z rosą, to jest służba Boża i może lepsza od innej!.

Krzyż w zadymce, Józef Chełmoński.

niedziela, 3 stycznia 2016

Babriosa Ezopowe bajki.


Do roku 1840, było znanych kilka fragmentów bajek Babriosowych. W tymże roku pewien uczony Grek Minoides Minas, któren był mieszkał w Paryżu, na polecenie ministra nauk i oświecenia Francyi, pana Villemain, wysłany został do Macedonii, celem przeszukania ostatecznego tamtejszych klasztorów. Śród mnóstwa różnych manuskryptów, bez większej wartości, odkrył 123 bajki, pisane cholijambem, w manuskrypcie z X wieku,  którego autora nazywano Balebriosem. Dorozumiano się natychmiast, że to Babrios. Nareszcie poznać miano bajki, których straty i zguby tak bardzo żałowano. Te wiersze pełne prawdziwej poezyi, której tętno czuć było jeszcze można przez skorupę prozy barbarzyńskiej, których uroku wonnego nie zdołała przytłumić dziwaczna i odrażająca szata, narzucona na nie przez barbarzyńskich kompilatorów.  Babrios, zdaje się z Syrii był rodem. Bowiem w bajce 57 powiada, że znani mu są Arabowie z szalbierstwa i kłamliwości, gdyż nieraz dali mu się we znaki. To ze wstępu, Wiadomości o życiu Babriosa i Bajce greckiej.

17. Kot stary dybiąc na swojskie kuraki,
zawisnął z haka, by z futra miech jaki.
Kogut, krzywodziób mądrala, go widzi
i piejąc głośno tak zeń drwi i szydzi:
"Wielem ci miechów widział już na świecie;
"Kłów kotów żywych nie miewały przecie!"

Babrios, Babrias lub Gabrias, grecki bajkopisarz, prawdopodobnie zhellenizowany rzymianin. Żył pomiędzy I i II wiekiem, może być 2 połowa I wieku. Pomieszkiwać miał w Syrii. Autor zbioru bajek pisanych w cholijambach. To taki sześciostopowy wiersz, pięć stóp jambicznych i trochej albo spondej. Trochej w polskim występuje często, to każdy wyraz składający się z dwu sylab, długiej i krótkiej. Spondej za to rzadko, tworzą go dwa akcentowane wyrazy jednosylabowe. To tak, żeby zaczadzić tylko. Oficjalna wersja głosi, że odnaleziono bajki w 1844 roku, na górze Athos, w klasztorze Św. Laury, i było ich 143. Oryginalnie miało ich być 160, ułożonych alfabetycznie, urywają się na literze "O". Prawdziwość tej kolekcji zgodnie potwierdzili uczeni. W 1857 Minas oświadczył, że na górze Athos, znaleziono manuskrypt z kolejnymi 94 bajkami i przedmową, ale mnisi odmówili sprzedaży. Sporządził więc kopię, którą opylił British Museum, a którą to opublikował w 1859 roku, Sir G Cornewall Lewis. To był jednak kant, ale opublikowany. Minas pewnie udawał Greka, znać się nie musiał. W 1879 natomiast opublikowano sześć kolejnych bajek, odnalezionych w Kodeksie watykańskim. Bajki Babriosa zostały wprowadzone do programów nauczania w szkołach bizantyjskich, znane były w średniowieczu, i doczekały do czasów nowożytnych pod nazwą "bajki Ezopa".

 87. Na kota w leśnym gąszczu pies uderza,
ściga i gryzie; a skoro spostrzeże,
że się obraca, zęby nań wyszczerza.
Wtem kot tak rzecze: "Postępuj że szczerze,
"psie obłudniku! Nie śmiej się, gdyś wrogiem;
"gdyś przyjacielem, nie gryź-że kłem srogiem.

Babrios ostatnim jest ludowym starożytności poetą, a bajka płodem ostatnim, wyrosłym na gruncie świata helleńskiego. Lecz więcej znaczy dla tego, że on pierwszy bajkę jako osobny gatunek poezyi wprowadził do literatury świątyni. Cokolwiek bowiem nosi Ezopowych bajek nazwisko w starożytności, czy prozą lub wierszem jest pisane, to wszystko opiera się na Babriosie, będąc  albo naśladowaniem, opracowaniem w mowie niewiązanej lub powtórzeniem. Prawda, że przed wystąpieniem Babriosa wiele bajek przypisywanych Ezopowi było w obiegu; prawda i to, że wszystkie te bajki nacechowane są jednym i tym samym charakterem; wszakże są to jednak tylko dowcipne zwroty, fortele powabne stylu, argumenta ad hominem i możnaby je porównać z retorycznymi figurami; a nie tworzą osobnego rodzaju literatury. Bajki bowiem, jako osobnego, powabnego kwiatu poczyi nikt przed Babriosem nie pielęgnował (Wiadomości o życiu Babriosa i Bajce greckiej). 

 120. Żaba, co w cieniu i nad rowem siada
chętnie i  bagnach przemieszkuje rada,
wyszła na ziemię i do wszystkich tworów
rzecze: "Jam lepsza od wszystkich doktorów.
"Żadnemu lepiej nie są znane zioła;
"nawet bóg zdrowia, co w Olympie mieszka
"i bogów leczy, wtem mi nie wydoła."
"Jakże," powie jej na te krzyki liszka,
"wyleczyć innych zdolna twoja rada?
"Lecz - że się sama, gdyś tak żółto - blada!"

A Ezop? A Ezop to nie wiadomo czy w ogóle istniał. Taka to półlegendarna postać. Sporo sprzeczności sugeruje, że nawet jak żył i pisał, to nie wszystkie przypisane jemu bajki, są jego autorstwa. Pewnie było to tak, że jak bajka nie miała znanego autora, to na pewno był nim Ezop. A Babrios pewnie zmarł w nędzy...Ezop też się nie nacieszył, bo za bajki to go kapłani delficcy zadźgali, czy jakoś tak, bo nie szedł ramię w ramię z ich polityką - krytykował możnych, a bronił biednych i pokrzywdzonych. A może go mieszkańcy Delf w jakiejś kłótni zrzucili w przepaść, też za bajki, bo tłum podburzyły grube ryby. Taki mądrala, a nie wpadł na to, że trzeba wiedzieć gdzie i kiedy gęba otwierać.


Wielkopolska Biblioteka Cyfrowa, Babrios, Babrisa Ezopowe bajki, przeł. z greckiego Zygmunt Węclewski, Poznań, 1861.



PS Bajka na żywo. Tu jak wrona sobie poradziła z wodą, co to była poza jej zasięgiem (scientificamerican). Tu o szympansach, zasada ta sama tylko, że jedzenie pływa za nisko, jeden niecierpliwy zamiast nosić wodę z dozownika i wypluwać, po prostu nasikał. I o dzieciach w wieku 4,6,8 lat, które miały to samo zadanie, ale nosiły w konewce. Dwoje czterolatków rozkminiło (bbc).

sobota, 2 stycznia 2016

Ozzphobia.

20 stycznia 1982 roku, koncert w Des Moines. Ktoś na scenę rzucił żywego nietoperza Ozziemu pod nogi. Ten nie zrażając się niczym, wziął go podniósł i odgryzł mu głowę. Myślał, że jest gumowy. Tak mówił. Nie był gumowy, a Rolling Stone sugerował, że był żywy. Później, nastolatek który to zrobił, miał powiedzieć, że nietoperek był martwy. W swojej biografii natomiast Ozzi wspomniał, że był on żywy i nawet go ugryzł w paszczy. Miał się później leczyć na wściekliznę z tego koncertu. 




Batman: "In order to conquer my fear, I had to become my fear..."
Ozzy: "Man your fear tastes kinda salty".

Wyczytałem, że film jest remarkiem z lat '90. Z oryginalnego zajścia nic ponoć nie ma. Zresztą widać, że na tego "ptaka", to tylko kura może zareagować.


Immediately, though, something felt wrong. Very wrong. For a start, my mouth was instantly full of this warm, gloopy liquid, with the worst aftertaste you could ever imagine. I could feel it staining my teeth and running down my chin. Then the head in my mouth twitched. Oh fuck me, I thought. I didn't just go and eat a fucking bat, did I? Ozzy.

(?)

Kiedy naukowcy chodzą po lasach Amazonii, zazwyczaj coś znajdują. Tak było i tą razą. Podczas wyprawy do Floresta Nacional de Pau-Rosa, w chronionej części brazylijskiej Amazonii, w 2009 odkryto "żabę nietoperza". Nie żeby zaraz coś tego. Chodzi o odgłos jaki ona wydaje, a jest on właśnie podobny do odgłosów wydawanych przez nietoperze. Należy ona do rzekotek drzewnych, wielkości ok 19.4 mm. Ogólnie rzecz biorąc jest brązowo-pomarańczowa.

Powiedziała zagwiżdż. I nietoperz mnie zeżre...
(Photo by Pedro Peloso)

Charakteryzują się długimi palcami rąk i nóg. Samce do tego mają duże worki, które są z rozciągliwej i półprzezroczystej skóry. Worki głosowe w czasie wydawania odgłosów nadmuchują się. Dźwięk wychodzi z krtani, przez struny głosowe, a w worku jest wzmacniany i pewnie tu uzyskuje swój niepowtarzalny piskliwy sznyt. Mały wielki rezonator na babeczki. Żaby jak wiadomo, dysponują ogromną gamą dźwięków, a samce to już w ogóle lubią sobie głośno pogadać, żeby ich kobiety w odległych zakątkach drzewa usłyszały, ale to jest pierwszy gatunek, który może się dogadać z nietoperzami. Wśród odkrywców byli fani Black Sabbath, którzy powiązali Ozziego, nietoperza i nietoperzową żabę, w rezultacie czego nowy gatunek nazywa się: Dendropsophus ozzyi.

Black Sabbath, Paranoid.

Ozzy nie ma co się martwić, jest w dobrym towarzystwie, tych co śpiewają i tych co wyglądają. I tak na ten przykład imiennicy w robactwie: Aleiodes shakirae - za system nerwowy, który zmusza larwę gąsienicy pasożytniczej osy do "tańca", drży i podryguje, żeby się dostać do żywiciela; Agra schwarzeneggeri - za to, że żuk ma bice jak Arni; Bumba lennoni - tarantula, bo beetles to Beatles; Jaggermeryx naida - skamieniała szczęka podobnego czegoś do hipopotama, 19 mln lat temu, nie dziwi jakoś; Yoda purpurata - robak z dna oceanu, jednodyszny, za wygląd, tylko to co z boku to nie uszy, to usta a dokładniej otwory gębowe. Yoda, tylko czemu nie zielony...

Yoda purpurata po lewo.
(Foto David Shale)


Jest jeszcze jeden o którym wiem, ale to na inny raz.



piątek, 1 stycznia 2016

Noworoczny ziemniak.

Ludzie to sprytne bestie. Mistrzowie w oszukiwaniu się i łudzeniu, że następny rok będzie lepszy, że szast-prast znikną bieda, choroby, życiowe rozczarowania i niepowodzenia, krzywe nogi i duże tyłki, wojny jeśli ktoś globalniej myśli. Ocknie się taki jeden z drugim i świat będzie lepszy. Tylko najpierw trzeba kaca zwalczyć. A ci co się nie ockną, i tak mają to już z głowy. Sami okłamujemy siebie, a umiemy też przekabacić innych, z niesamowitą wręcz zdolnością, że się poprawi, coś ruszy do przodu. A to takie proste. Z roku na rok niczego się nie uczymy, nie wyciągamy żadnych wniosków ze smutnych naszych doświadczeń, jakbyśmy nie chcieli, może niektórzy naprawdę nie potrafią - ich szczęście, zrozumieć, że z każdym rokiem jest coraz gorzej. Kolejny jest gorszy od poprzedniego, a my jesteśmy dodatkowo o kolejną kreskę bliżej ziemi. Po co i do czego się tak spieszyć? Jak z tymi bulwami ziemnymi. Przed każdym sylwestrem obieramy się z całorocznego brudu, żeby błyszczeć przed innymi, może nawet sobie coś przypniemy dla atrakcyjności, i pociągniemy gorzałką z ziemniaków, a w sumie zostajemy tym samym kartoflem. Ino mniejszym, a obierki w kącie.

Żeby tylko zupa nie była za słona...
(?)